Zbawienie przez zanurzenie

Przez wiele lat żyli w przekonaniu, że przeszczep ludzkich narządów nie różni się od ludożerstwa, aluminiowe naczynia powodują szaleństwo i wściekliznę, zaś aspiryna – choroby serca.
Ciało spuszczono do grobu. Bez księdza. Ceremonia pogrzebowa przypominała festyn, na którym brakowało tylko baloników i fajerwerków. Setki młodych ludzi rytmicznie kołysały się nad grobem nieznanej im 88-letniej kobiety. Z politowaniem patrzyli na nieliczne płaczące osoby z rodziny.
– Mordercy – nie wytrzymała dziewczyna z zapuchniętymi oczami.
W odpowiedzi z tłumu buchnęła radosna pieśń o końcu świata. Po kilku minutach autokary zaparkowane przed cmentarzem komunalnym na opolskiej Półwsi odjechały w nieznanych kierunkach. Przypadkowi żałobnicy nigdy już tu nie wrócili.
Po Mariannie Terlińskiej pozostało idealnie wysprzątane mieszkanie: puste półki, metalowe łóżko bez pościeli, maszyna Singer z karteczką „dla wnuczki” i cztery porcelanowe kubki. Zwłoki wyprowadzono razem z dobytkiem, który został podzielony według biblijnych zasad. Prawdziwa rodzina dopiero na pogrzebie otrzymała pęk kluczy do opustoszałego mieszkania.
Dzień wcześniej do wnuczki Anny zadzwonił telefon. Męski głos informował, że babcia umarła i wszystko, co trzeba, jest już załatwione: trumna w odpowiednim kolorze i miejsce pochówku.
Życzliwi dobrze słyszeli, jak Marianna odchodziła z tego świata. Błagała, by podać jej inhalator sprowadzony prosto z Lyonu za francuską emeryturę. Wokół łóżka zgromadziło się kilkanaście osób na zwyczajowych modlitwach. Terlińska krzyczała coraz słabiej, aż w końcu z gardła wydobył się tylko przeciągły świst. Zgromadzeni modlili się coraz głośniej.
Oficjalnie Mariannę zabił atak astmy i starość.
zboru Świadków Jehowy, którzy kilka razy w tygodniu spotykali się na strychu u mateczki – jak ją nazywali – przestała istnieć w dniu zakopania ciała do ziemi, a jednak dowiedzieli się o postawionym przez rodzinę po pogrzebie krzyżu z kamienia. Wtedy zaprotestowali po raz pierwszy. Dzwonili z pretensjami i cytatami biblijnymi, ale i tak na Wszystkich Świętych płoną do dziś na grobie znicze, a Anna modli się po katolicku.
Terlińska dorastała w czasach mocno przedwojennych, gdy Świadkowie Jehowy nosili w klapach znaczek przedstawiający krzyż i koronę. To miało ich wyróżnić z tłumu niewiernych. Taki sam emblemat widniał na tytułowej stronie czasopisma „Strażnica”. „Cena okupu została złożona na krzyżu. Krzyż Chrystusowy jest środkową prawdą planu Bożego, z którego wszelka nadzieja dla ludzkości promieniuje” – nauczał prezes towarzystwa Joseph Rutherford w „Harfie Bożej” z 1929 roku.
Promieniowała tylko do 1936 roku, bo potem prezes zmienił zdanie i zastąpił krzyż palem. Zakazał przy okazji świętowania Wielkanocy, Bożego Narodzenia i demokratycznego zarządzania zborami.
„Symbol krzyża wywodzi się ze starożytnych religii fałszywych. Pierwsi chrześcijanie nie używali krzyża ani go nie czcili” – poucza broszura „Czego wymaga od nas Bóg?” z 1996 roku. Świadkowie mimo to każą się nadal nazywać społecznością chrześcijańską.
Na grobie mateczki stoi więc zgodnie z obowiązującą dziś doktryną krzyż pogański. „Zdaniem wielu znanych powag naukowych wyobrażający albo fallusa (męski narząd rozrodczy), albo spółkowanie” – jak podaje biuletyn „Prowadzenie rozmów na podstawie Pism”.
Świadkowie oburzyli się po raz drugi, gdy w 1996 roku w nogach Marianny spoczął jej skremowany katolicki syn Henryk, a razem z prochami nastąpiła religijna celebra, pojawiły się wieńce i świeczki. W „Wierzeniach i zwyczajach, które nie podobają się Bogu” wykładnia jest bowiem jednoznaczna: „Umarli nic nie czują ani nie mogą nic robić. Trzeba stronić od wszelkich zwyczajów mających związek z kultem zmarłych”.
Zanim wdowa po Henryku zdążyła wrócić z cmentarza, do jej przydomowego ogródka niewidzialna ręka wrzuciła pogańskie kwiaty z grobu męża.
Martyrologia w tle
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu spotykali się potajemnie w lasach. W zimie gromadzili się w piwnicach, na strychach i w prywatnych mieszkaniach, dokładnie zaciągając zasłony na oknach. Niewtajemniczeni posądzali ich o uczestnictwo w tajemnych rytuałach, połączonych z seksualnymi orgiami. Snuli opowieści o rozrywanych kotach, których krew miała być spijana z ceremonialnych kielichów. Przez myśl im nie przeszło, że zgromadzeni modlą się za drzwiami, które nigdy dla nikogo nie były zamknięte, a ich misją jest zbawianie niewiernych.
W czasie wojny byli zamykani w obozach koncentracyjnych, gdzie wyróżniano ich specjalnym fioletowym trójkątem. Mimo bezwzględności nazistów, dziećmi Rudolfa Hössa opiekowały się dwie więźniarki należące do Świadków Jehowy, które komendant KL Auschwitz nazywał biblijnymi pszczołami i gąsienicami. Jego żona mówiła, że dbały o dom lepiej niż ona sama.
Prześladowania dotknęły ponad 12500 wyznawców Jehowy, 5000 z nich było więźniami obozów. Historycy szacują, że życie straciło wtedy 1400 osób. Do Oświęcimia i Brzezinki trafiło ok. 400 badaczy Pisma.
Po wojnie śmierć nadal towarzyszyła członkom towarzystwa. W Malawi przekonywano braci i siostry, żeby nie wykupywali od rządu legitymacji partyjnych, które były ekwiwalentem dowodów osobistych i ubezpieczeń zdrowotnych. Zalecano im, aby oddali życie w imię zachowania neutralności wobec władz państwowych.
Świadkowie Jehowy w Grecji traktowani byli tak samo jak komuniści. Opornym groziły surowe kary. Dimitris Sidiropoulos po licznych aresztowaniach został objęty nadzorem policyjnym i przymusowo wysłany do wioski koło Salonik. Kiedy odmówił odbycia służby wojskowej, w ciągu dziesięciu lat zaliczył osiem cieszących się złą sławą więzień. Oficerowie gasili na jego ciele papierosy, strzelali dla zabawy, a w izolatkach jedynymi towarzyszami były wędrujące po nim szczury. Zapalenie płuc i krwotoki uratowały Dimitrisa od wykonania wyroku śmierci, który ostatecznie zamieniono na dziesięć lat pozbawienia wolności.
W 1950 r. rząd NRD zakazał działalności Świadków w odpowiedzi na wysłaną przez nich rezolucję, ostrzegającą władze przed zbliżającą się zagładą. Sale spotkań pozamykano, a czynni głosiciele trafiali za kraty. W tym samym roku zdelegalizowano też Świadków Jehowy w Polsce. Ich mienie przeszło na rzecz państwa. Musieli się ukrywać, co stało w sprzeczności z ideą szerzenia Słowa Bożego w każdym miejscu i czasie. Po raz kolejny historia uczyniła z nich męczenników. Udało im się zarejestrować w Departamencie Wyznań Religijnych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji dopiero w 1990 r.
Wilhelm S. z Łodzi przeżył obóz koncentracyjny i dwa więzienia w komunistycznej Polsce. Siedział w latach 1950-56 i 1960-64 za pełnienie kierowniczych funkcji w zakazanej organizacji oraz rozpowszechnianie pism zawierających fałszywe informacje, mogące wyrządzić szkodę interesom państwa. Dwa lata przed aresztowaniem Wilhelm walczył o ponowną rejestrację Świadków Jehowy, powołując się na wolność sumienia i wyznania. Karę zaliczył w celi izolacyjnej więzienia we Wronkach. Nigdy nie odzyskał zdrowia i dobrego imienia – traktowany był jak kryminalista, więc opuścił z rodziną Łódź. Zmarł po siedmiu latach. Rzecznik Praw Obywatelskich w 1999 roku wystąpił o kasację wyroku. Sąd Najwyższy uznał skazanie za rażące naruszenie obowiązującego wówczas prawa.
Zarażeni bakcylem wiary
Iwona była w liceum, gdy jej ojciec wstąpił do Świadków Jehowy. – Denerwowało mnie, że niewierzący człowiek nagle całymi godzinami czyta Pismo Święte i jeszcze chce ze mną o tym dyskutować – opowiada.
Po kilku miesiącach dała się wciągnąć mama i w lipcu 1980 roku przyjęła drugi chrzest, tym razem przez pełne zanurzenie w wodzie, jak nakazuje ceremoniał Świadków. Rodzice spędzali czas na zebraniach: w niedzielę szli na tzw. Studium Strażnicy, w czwartek – na Służbę Królestwa, a w piątek – na Studium Książki.
– Myślałam wtedy, że zarazili się jakimś bakcylem – śmieje się Iwona.
Ciągle rozmawiali na tematy biblijne. Nie mieli nawet czasu na kłótnie. Iwona została Świadkiem Jehowy trzy lata później. Nauczanie rozpoczęła od najbliższych, co doprowadzało do spięć w rozrzuconej po Polsce rodzinie.
– Jeśli wiem, że zaraz zapali się wieżowiec, to kogo najpierw pobiegnę ostrzec? – pytała z uśmiechem Iwona.
Jej mąż Grzegorz zauważył, że tego właśnie porównania używają Świadkowie w całej Polsce. Wtedy jeszcze nie wiedział o zebraniach szkoleniowych, na których uczy się przyszłych adeptów odpierania słownych ataków niewiernych.
Grzegorz należy do warszawskiego zboru od kilkunastu lat. Choinka to dziś dla niego zabobon, z którego wyśmiewa się w każde Boże Narodzenie. Tak samo jak ze święconek w czasie Wielkanocy. Imieniny czy urodziny traktuje jako gusła i przesądy, w których nie uczestniczą szanujący się członkowie związku.
16-letni Jakub, syn Iwony i Grześka, przed każdym posiłkiem opuszcza na moment głowę w modlitwie. Tak wychowano go od urodzenia. Gdy był młodszy, towarzyszył któremuś z rodziców w głoszeniu Słowa Bożego, ale nigdy nie miał śmiałości, żeby się odezwać. Mówili mu często, że nie może zostać członkiem wspólnoty, jeśli nie będzie nauczał. Teraz należy do grona 128.519 głosicieli w Polsce, choć ciągle nie jest gotowy na przyjęcie chrztu.
– Niektórzy chrzczą się nawet w wieku 80 lat – przekonuje chłopak.
Nie czuje już lęku, gdy puka do kolejnych drzwi. Zawsze towarzyszy mu ktoś starszy. Nastolatek co miesiąc deklaruje 50 godzin służby polowej, czyli chodzenia od domu do domu. Prowadzi tygodniowo osiem studiów biblijnych dla kandydatów do grona Świadków. Najtrudniej było mu zrezygnować z trenowania karate, w czym odnosił niemałe sukcesy. Starszy zboru wytłumaczył mu jednak, że ćwiczenia judo lub innych technik walk nie są zgodne z nauką Jehowy. Wykluczenie grozi za uprawianie boksu zawodowego, granie w bingo czy udział w loterii. Na uregulowanie życia i zmianę postępowania grzeszący dostaje 90 dni.
Kuba grzecznie odmawia, gdy ktoś z klasy zaprasza go na urodziny.
– Wystarczy, że koledzy lubią mnie nie tylko od święta – recytuje bez zastanowienia. – W zborze dajemy sobie prezenty przez cały rok, a nie dlatego, że akurat wyznaczono jakiś szczególny dzień.
Chłopiec marzy, żeby zostać jednym ze 150 pionierów specjalnych, którzy pełnią funkcję misjonarzy. Na głoszeniu Słowa spędzają około 140 godzin w miesiącu. Otrzymują za to od towarzystwa zasiłek pieniężny w kwocie ok. 500 zł. Wielu z nich wysyłanych jest teraz na Wschód, choć Jakub wolałby Amerykę Południową. Dawniej przeszkodę stanowiły wymagane szczepienia, które dla Świadków Jehowy zakazane były do 1952 r. Zakaz zniesiono, bo w wielu krajach zabroniono wjazdu osobom nieszczepionym, uniemożliwiając przy okazji Świadkom głoszenie Słowa Bożego.
Czasopismo „Golden Age” („Złoty Wiek”) przestrzegało w 1921 roku: „Szczepionki nigdy przed niczym nie ochroniły i nie ochronią, i jest to najbardziej barbarzyńska praktyka. Skorzystaj ze swoich praw obywatelskich jako Amerykanin, aby na zawsze wykorzenić diaboliczną praktykę szczepień”.
W tym czasie na ospę zachorowało ok. 100 000 obywateli USA, z czego aż 40 procent zmarło. Na całym świecie wskutek epidemii życie straciło do 500 milionów ludzi.
W dwutygodniku „Przebudźcie się!” z maja 2004 r., adresowanym do rodzin Świadków Jehowy, szczepienia nazywane są już największym sukcesem służby zdrowia w historii.
Autor: Agnieszka Malik
(Czytaj dalej) |
|
|
|
|
Reportaż tygodnia
Najlepsze reportaże
Fałszywe tropy
Literatura faktu
Prosto z sądu
Fotoreportaż
Nasza kartoteka
Szkółka reporterska
|
|