Babilony

Karpacz rozkwita dwa razy do roku – w lecie i zimą, gdy zjeżdżają tu tysiące turystów. Sebastian Andryszczak mieszka niedaleko centrum. Jako nastolatek nie miał wielu marzeń. Jego rówieśnicy z podstawówki dzielili się na tych, którzy szusują na nartach w miejscowym klubie lub służą do mszy w kościele. On nie był nawet ministrantem.
– Pochodzę z rodziny obojętnej religijnie – mówi. – Nasze praktyki sprowadzały się do wspólnego spędzania świąt i przyjmowania księdza po kolędzie.
Wszystko zmieniło się, gdy miał 14 lat. Jeden z kolegów zaczął mu opowiadać o rychłym końcu świata. Wizja życia wiecznego na ziemi ciągnęła niczym magnes. Chciał należeć do grona wybrańców i poczuć po raz pierwszy w życiu swoją wyjątkowość. Witek zaprosił go do domu, aby mógł lepiej poznać prawdę.
– Otaczała mnie wszechogarniająca życzliwość, której na co dzień bardzo mi brakowało – wspomina Sebastian. – Niezależnie od tego, co zrobiłem, spotykałem się teraz z zachwytem i pochwałami.
Szczególnie, gdy samodzielnie odnalazłem w Biblii odpowiedni cytat.
W małym Karpaczu wieści rozchodzą się błyskawicznie. Troskliwi sąsiedzi donieśli Andryszczakom o nowych przyjaciołach syna. Chłopiec dostał kilka razy w skórę, zakazano mu wychodzić z domu.
Wtedy się zbuntował. Zniszczył wszystko, co kojarzyło mu się z dawnym życiem. Pociął nożyczkami zdjęcia z urodzin, a portrety świętych spalił. Nawet obrazek pierwszokomunijny wylądował na śmietniku. W Wigilię Bożego Narodzenia odmówił celebracji choinki i przyjęcia prezentów. Spędził ten dzień u Witka, gdzie co prawda nie było karpia i barszczu, były natomiast rozmowy o zbliżającym się nowym Królestwie, w którym zarezerwowano już miejsce dla Sebastiana.
– Czułem się wyjątkowo – wspomina. – Jak odkrywca wysoko rozwiniętej cywilizacji, żyjący dotąd wśród ludu pierwotnego.
Poprosił o przydzielenie na próbę terenu głoszenia w Kowarach, wiosce położonej kilka kilometrów od Karpacza. Tam jego rodzice nie mieli znajomych. Rozpoczął od kilkunastu godzin w miesiącu i od samego początku zbierał pochwały.
Poznawanie prawd Pisma Św. zajmuje przeciętnemu kandydatowi na Świadka pół roku. Sebastian był perfekcjonistą i dlatego na chrzest zdecydował się dopiero w wieku 17 lat. Wiele razy widział dziesiątki tysięcy ludzi, którzy na stadionie oklaskami witali nowych członków wspólnoty. Kiedyś przyniesiono starca, któremu rany na nogach zaklejono płatem folii i taśmą samoprzylepną.
– Czy nie lepiej polać mu tylko głowę? – Sebastian zapytał jednego z przełożonych.
W odpowiedzi otrzymał „Strażnicę” z 1980 r., która miała rozwiać jego wątpliwości: „Człowieka sparaliżowanego przynoszono do wody, a on nadal oddychał przez przewód z ustnikiem. Potem na sam moment chrztu wyjmowano mu ustnik, zanurzano resztę ciała, a po wynurzeniu się głowy natychmiast wkładano ustnik z powrotem”.
Przez trzy lata dojrzewania do chrztu Sebastian dobrze poznał zasady obowiązujące pełnowartościowych Świadków. Nie wolno im żyć w nieformalnych związkach, palić papierosów ani nadużywać alkoholu. Odradzana jest praca w krwiodawstwie i jednostkach wojskowych nawet na etacie dozorcy. Jedna z sióstr musiała pożegnać się z ogólnopolskim tygodnikiem, gdzie była korektorką, ponieważ nieopatrznie poinformowała starszego zboru o pojawiających się w tekstach niecenzuralnych słowach. Nawet praca w kiosku specjalizującym się w sprzedaży produktów tytoniowych nie podoba się Jehowie i przełożonym. Zabronione jest korzystanie z usług wróżek i magów, czytanie horoskopów i przepowiedni.
Po chrzcie Sebastian zauważył, że współbracia przestali nagle bombardować go miłością, nie zapraszali już codziennie do siebie i nie pytali co chwilę, jak się czuje. Po dwóch latach zdał teren w Kowarach i zaczął głosić w Karpaczu jako pionier – po 8 godzin dziennie. Nie wstydził się już znajomych.
– Ile mi pan da pieniędzy za rozmowę o Biblii? – zapytał go kiedyś starszy człowiek. – Słyszałem, że wypłacacie w dolarach.
– Ależ to nieprawda – próbował oponować Sebastian. – Bóg...
– Potrzebuję nowego auta – dziadek był nieustępliwy. – Ten grat ma już 25 lat. Zalegam też z czynszem.
– W nowym Królestwie Bożym...
– Mów, ile płacicie miesięcznie i już się do was zapisuję – przerwał zniecierpliwiony mężczyzna.
Od początku przedstawiano Sebastianowi mnóstwo dowodów na spełniające się proroctwo nadchodzącego końca. „W XX wieku zginęło na wojnach ponad 100 milionów ludzi, to znaczy cztery raz więcej niż w ciągu poprzednich 400 lat! Jakież to wymowne potępienie rządów ludzkich” – ubolewali autorzy broszury „Dlaczego Bóg naprawdę się o nas troszczy?”.
Znakiem nadchodzącego końca miały być wielkie trzęsienia ziemi, zamachy terrorystyczne, plaga nowotworów, degradacja środowiska, głód i przestępczość. Czasopismo „Czuwajcie!” dodawało do tego: „Duchownych oskarżonych o ludobójstwo. Księży molestujących dzieci – hierarchię tuszującą sprawę i pustki w kościołach”. Wypełniała się więc przepowiednia Tymoteusza: „Ludzie będą samolubni, chciwi, chełpliwi, bluźnierczy, rodzicom nieposłuszni, zuchwali, nadęci, miłujący więcej rozkosze niż Boga”.
Koniec świata zbliżał się z zawrotną prędkością, więc Sebastian jeszcze skwapliwiej głosił Słowo i wypatrywał Armagedonu. W tym czasie skończył mu się zasiłek dla bezrobotnych, a świadczenia z opieki społecznej ledwie pozwalały przeżyć. W 1995 r. nic szczególnego na świecie się jednak nie stało, a Ciało Kierownicze po raz kolejny wycofało się z zapowiedzi.
Wtedy pomyślał, że może jednak warto pójść na studia, zakochać się i założyć rodzinę. Wybrał ekonomię.
W nauce pomocne były zasoby internetowe. Kiedyś nieopatrznie wpisał do wyszukiwarki hasło „Świadkowie Jehowy” i wyświetliło się 204 000 adresów internetowych.
– Na początku byłem przekonany, że to szatańskie publikacje – uśmiecha się Sebastian. – Przez lata uczono mnie przecież, że diabeł oznacza kogoś, kto szerzy o nas złośliwie kłamstwa.
Ziarno wątpliwości zaczęło jednak pęcznieć. Z aktywisty stał się szeregowym członkiem, który nagle odkrył, że jego współbraciom koniec świata obiecywano już w 1874 roku, w 1918, 1925, 1931, 1939 oraz w 1975, gdy miał trzy latka.
– W sumie Świadkowie skompromitowali się przynajmniej dziesięć razy, wyznaczając daty kolejnych Armagedonów – wylicza Sebastian. – Broszury, w których to ogłaszano, są niedostępne dla członków towarzystwa. Próżno ich szukać w bibliotekach i archiwach.
Najbardziej spektakularne „zakończenie obecnego systemu rzeczy” wyznaczono na rok 1925. Wyliczono je bardzo dokładnie: „Siedemdziesiąt lat miłościwych po pięćdziesiąt lat każde uczyni 3500 lat. Ten okres czasu zacząwszy się od 1575 roku przed Rokiem Pańskim 1-ym z konieczności przywiódł nas do jesieni 1925-go roku”.
Gdy Armagedon nie nastąpił, wielu Świadków nie chciało dłużej czekać. W 1926 roku zanotowano znaczny spadek liczby obecnych na Wieczerzy Pańskiej – największej uroczystości wyznawców Jehowy.
Kierujący towarzystwem musieli z czasem otrzymać jeszcze intensywniejsze światło, bo obwieścili, że ludzie pamiętający rok 1914 jako 15-latkowie nie zdążą przeminąć, gdy nastanie Nowy Świat. W 1981 r. najmłodsi z tego pokolenia mieli 82 lata, więc „Strażnica” dokonała kolejnego odkrycia: „Określone zdarzenie pozostawia trwały ślad w pamięci dziecka co najmniej od wieku 10 lat”. Dzięki temu znów opóźniono kres świata. W 1989 roku wskazani mieli 85 lat, więc „Strażnica” uznała, że chodzi o ludzi, którzy urodzili się w 1914 r. Zyskano kolejne 10 lat.
W 1995 r. kandydatów została zaledwie garstka. Ciało Kierownicze wycofało się ze wszystkich rachunków, próbując obarczyć szeregowych członków winą za błędy.
„Niektórzy słudzy Jehowy tak usilnie pragną ujrzeć koniec złego systemu, że czasami spekulują, kiedy wybuchnie «wielki ucisk», a nawet próbują to ustalić na podstawie długości życia pokolenia, które pamięta rok 1914” – napominała „Strażnica” nr 17. – „Jeżeli jednak chcemy posiąść mądre serce, to liczymy nasze dni, radośnie wychwalając Jehowę, zamiast snuć domysły, ile lat lub dni trwa jakieś pokolenie”.
Sebastiana nie przekonało tłumaczenie braci, że Jehowa po raz ostatni dał szansę rzeszom grzeszników do wstąpienia w szeregi wyznawców, by mogli zostać zbawieni. Przestał regularnie chodzić na zebrania. Napomnienie starszego zboru i wizje walących w niego piorunów nie napawały go już przejmującym lękiem.
W 1995 r. towarzystwo opuściło 52 690 członków, rok później było ich dwa razy więcej, a w 1997 r. prawie 190 000. W 1999 r. odeszło ok. 300 000 zawiedzonych brakiem końca świata. Po raz pierwszy w historii towarzystwa liczba odszczepieńców prawie zrównała się z liczbą osób ochrzczonych.
Andryszczak nie umiał zdecydować się na ostateczny krok, bo wiedział, co czeka osobę, która odchodzi. Zgodnie z podręcznikiem dla starszych ma być traktowana identycznie, jak wykluczona ze społeczeństwa.
Kilku lat temu Sebastian poznał w zborze Piotra. 20--letni chłopak miał wypisane męczeństwo na twarzy. Ojciec wyrzucił go z domu, aby zmienił zdanie i przestał przynosić mu wstyd. Sebastian dobrze pamiętał swoje boje z rodzicami. Zaproponował Piotrowi wspólne zamieszkanie. Od tamtej pory byli jak bracia.
– To był jedyny powód, dla którego zwlekałem z odejściem – wyznaje Sebastian. – Wiedziałem, że Piotrek będzie musiał natychmiast się ode mnie wyprowadzić, gdy tylko powiadomię zbór o swojej decyzji.
Odszczepieniec traktowany jest jak powietrze. Nie można się do niego odezwać ani podać mu ręki, „żeby się nie stać uczestnikiem jego niegodziwych uczynków”. Za kontakt, nawet słowny, grozi wykluczenie z szeregu Świadków. Taka kastracja bez narzędzi chirurgicznych praktykowana jest w towarzystwie od 1952 roku.
Piotr wiedział, że powinien zawiadomić starszych zboru o grzesznych myślach przyjaciela, aby mogli uzdrowić jego zatrutą duszę. Przez tydzień toczyła się w nim walka między zasadami przyjaźni i wiary. Zwyciężył Świadek Jehowy.
– Nie chciał podpaść Bogu – tłumaczy Sebastian. – Poszedł do nich i powiedział o moich zamiarach.
16 grudnia 2002 r. w mieszkaniu Andryszczaka pojawili się starsi zboru. – Nie boisz się śmierci w nadchodzącym Armagedonie? – zapytali.
Sebastian uznany został za przypadek beznadziejny, a Piotr wyprowadził się ze stancji tego samego dnia. Odtąd nie zamienili ze sobą słowa, mimo że wielokrotnie mijali się na tym samym wąskim chodniku. Andryszczak wręczył na piśmie oświadczenie, że występuje z towarzystwa i nie chce, aby się z nim kontaktowano. Gdyby tego nie zrobił, za rok starszyzna przejrzałaby listę osób, które zostały wykluczone lub się odłączyły. Do jego drzwi zapukałoby dwóch wytypowanych starszych.
„Mogą życzliwie wyjaśnić, co dana osoba powinna zrobić, by mogła powrócić do zboru. Relacje z tej rozmowy złożą zborowemu komitetowi służby, który zapozna z nią wszystkich starszych na najbliższym spotkaniu całego grona” – instruuje podręcznik.
Nazwisko Sebastiana jako odszczepieńca zostało ogłoszone na zebraniu zboru. Od tej pory przestał istnieć dla swoich współbraci. Przełożeni przesłali do biura oddziału formularze S-77 i S-79, podając biblijne podstawy oraz datę wykreślenia.
Nowe życie młody mężczyzna rozpoczął od słuchania Radia Maryja. Potem napisał list do miejscowego księdza, w którym opowiedział swoją historię. – Musi nauczyć się pan „Wierzę w Boga Ojca” – rzekł proboszcz na pierwszym spotkaniu.
Kiedy przekroczył próg świątyni, poczuł się nieswojo. 15 lat prawd objawionych dało o sobie znać ze wzmożoną siłą. Wydawało mu się, że każdy kolejny krok coraz bardziej urąga Jehowie. Na ścianach wisiały zakazane przez Świadków obrazy, a figury świętych kojarzyły mu się z bałwochwalstwem i potępieniem.
– Czułem się zakłopotany spożywając emblemat, bo tak właśnie Świadkowie nazywają eucharystię – mówi. – Tworzą nowe słowa, które wypierają znaczenie powszechnie używanych. Zrozumiała tylko dla nich mowa spaja ich jeszcze bardziej i oddziela od reszty świata.
W maju 2004 r. Sebastian wziął udział w pielgrzymce młodych słuchaczy Radia Maryja. Odczytał na Jasnej Górze referat o nawróceniu się na katolicyzm. Podobny do tych, jakie wygłaszają Świadkowie podczas swych zebrań. Na Wigilię Bożego Narodzenia ubrał choinkę i położył pod drzewkiem prezenty. Siadł na kanapie i czekał, jak Bóg zareaguje na jego postępek.
– Po trzech latach bycia katolikiem nie odczuwam potrzeby wieszania na ścianach znaków religijnych, nazywanych przed Świadków bałwanami – tłumaczy. – Warstwa symboliczno-kulturowa wiary nie jest dla mnie ważna.
Autor: Agnieszka Malik
CIĄG DALSZY
(Czytaj dalej)
|
|
|
|
|
Reportaż tygodnia
Najlepsze reportaże
Fałszywe tropy
Literatura faktu
Prosto z sądu
Fotoreportaż
Nasza kartoteka
Szkółka reporterska
|
|