Byłam jedną, może nawet dwiema nogami na tamtym świecie, ale wróciłam do żywych. Dzięki lekarzom, pielęgniarkom i miłości moich bliskich.
Zaczęło się banalnie - gorączka 40 stopni, ból brzucha, wymioty. Łaziłam z tym kilka dni, bo musiałam skończyć gazetę - pierwszy numer „Tygodnia Gorzowskiego". Jak ześlę w środę ostatnią stronę – myślałam - to podjadę do mojej lekarki rodzinnej. Niestety nie dostałam się. Reszta dnia i noc były już bardzo trudne – po 12 tabletkach pyralginy żołądek coraz mocniej się buntował, gorączka dokuczała, od niedzieli już nic nie jadłam, bo wszystko zwracałam, brzuch bolał niemiłosiernie, a ja zaklinałam samą siebie, żeby tylko wytrzymać do rana..
USG nie wszystko pokazuje
Lekarka pierwszego kontaktu skierowała mnie na cito na USG – w zasadzie nic nie wykazało. Ale te ostre bóle brzucha bardzo ją niepokoiły, więc wypisała mi od razu skierowanie do szpitala na oddział chirurgiczny. Myślałam, że mnie zdiagnozują i wrócę do pracy. Nawet piżamy nie miałam przy sobie. Czekając na chirurga lustrowałam każdego przechodzącego pracownika szpitala. Może to ten, a może ta – zastanawiałam się. Minął mnie chłopak o wyglądzie gimnazjalisty. No ten to na pewno nie, za młody. A jednak to był chirurg Mikołaj Babiszkiewicz. Bardzo rzeczowy, dociekliwy, zlecił natychmiast dodatkowe badania i rozwiał złudzenia o powrocie do pracy. - Raczej proszę się liczyćz tym, że zostanie pani w szpitalu.
Trafiłam na oddział chirurgii ogólnej, naczyniowej, onkologicznej i urazów wielonarządowych z pododdziałem leczenia oparzeń. Całością kieruje dr hab. lek. med. Andrzej Modrzejewski – jedyny lekarz, który podchodząc do mnie przedstawił się. Bardzo mnie tym ujął, pomyślałam nawet, że może wraz z postępem medycyny podnosi sie też kultura osobista lekarzy?
Odbyte nade mną konsylium doszło do wniosku, że trzeba jeszcze raz zrobić USG, bo to „z miasta” może być niedokładne. Dr Tomasz Tereszczyk jeździł mi głowicą po całym brzuchu i nagrywał swoje spostrzeżenia:
„Wątroba ma wymiary w granicach normy, bez zmian ogniskowych. Drogi żółciowe nieposzerzone. Pęcherzyk żółciowy przeciętnej wielkości, jego ściany są regularnie pogrubiałe (do 7 mm) na skutek obrzęku. W okolicy szyjki pęcherza obecny jest hiperechogeniczny wtręt 6 mm, różnicowanie między kamieniem a polipem jest tu niejednoznaczne”. Reszta narządów prawidłowej wielkości, miąższości i echogenności.
Oczekiwanie
Lekarze oświadczyli, że woreczek żółciowy mam do wycięcia. Kroplówki, antybiotyki, inne leki od pierwszej chwili kapały we mnie, więc sobie kombinuję: pewnie tymi antybiotykami chcą mi podleczyć stan zapalny woreczka i przygotować mnie do laparoskopii. Jednak oni wstrzymywali się z decyzją o operacji.
W tym samym czasie kilka sal dalej leżał Bożydar Bibrowicz, mój wierny czytelnik, miłośnik przyrody i sztuki, działacz społeczny (prezes Nowego Towarzystwa Upiększania Miasta). Od jego żony wiedziałam, że jest w ciężkim stanie. Dopiero po wielu dniach dowiedziałam się, że umieraliśmy razem, tyle że on już nie wrócił z tamtej strony. Póki żył, zachodziłam do niego, ale spał, otoczony najbliższą rodziną. Dostawał silne środki nasenne i przeciwbólowe. Chciałam zażartować w piątek wieczorem, że tam, w teatrze, jest koncert Bony, na który tak bardzo czekaliśmy, no a my wybraliśmy szpital.
Sama miałam coraz mniej sił do żartów. Moje dorosłe dzieci mnie wyręczały (na wieść o mojej chorobie natychmiast przyjechały z Poznania).
- Boję się znieczulenia, bo tak długo się wybudzam - biadoliłam.
- Mama, to masz załatwione, idziemy powiedzieć anestezjologom, że dwa Apapy wystarczą.
- A może troszeczkę urozmaicimy ci czas i pojeździmy z tobą po korytarzu. Łóżko na kółkach to możemy nawet bramki strzelać: w które drzwi trafi.
Nie mam siły się śmiać, ale mówię:
- Dziękuję wam dzieci moje kochane za to zabawianie.
- No, największej rozrywki to ty nam mamuś dostarczyłaś mówiąc, że w poniedziałek pewnie cię wypiszą ze szpitala i pójdziesz do pracy.
W sobotę jest wreszcie decyzja o operacji. Podpisuję zgodę bez czytania, nie mam na to siły. Czas się wlecze, operacja ma być za godzinę, za dwie, trzy. Lekarze na bloku cały czas operują pilniejsze przypadki. Około godz. 20 pielęgniarki przygotowują mnie – mogę mieć na sobie tylko operacyjny chałacik, nic metalowego. Syn pożycza mi swoją frotkę do włosów, córka zaczesuje mi komiczny „wulkan” na czubku głowy – praktyczna fryzura na stół operacyjny. Dzieci i mój partner eskortują mnie do samych drzwi bloku operacyjnego, a ja odchylając jeszcze głowę w ich stronę myślę sobie: muszę do nich wrócić.
Szarpanina i błogostan
Za moją głową staje anestezjolożka, która z rosyjskim akcentem wypytuje mnie o dawne choroby i znieczula. Czuję cięcie (bez bólu) i grzebanie we wnętrznościach, widzę ten wycięty woreczek i od tego momentu film mi się urwał. Na pięć dni.
Kiedy otworzyli brzuch okazało się, że mam stany zapalne od nerek po płuca i sepsę. Nie wiadomo, które zakażenie było pierwotne, które wtórne. Najgorszy był stan zapalny otrzewnej. Miałam bardzo powiększone serce i wątrobę. Dziwne, nigdy nie chorowałam na serce, a na wątrobę jedynie w dzieciństwie, kiedy zaraziłam się żółtaczką.
- Mamuś, dawali ci bardzo silne leki na serce w trakcie operacji – powie mi po tygodniu córka - uciekałaś im z ciśnieniem poniżej 50.
Wtedy też dopiero dowiem się, że po prostu umierałam.
Po ponad dwóch godzinach lekarze wyszli z sali operacyjnej i powiedzieli moim bliskim: „Zrobiliśmy wszystko, co do nas należało. Reszta w rękach Boga”. Przez kilka dni tak im powtarzali, a ja niczego nieświadoma, leżałam nieprzytomna, pogrążona w jakiejś czerni. Chciałam w tej czerni pozostać, było tam cicho, spokojnie, bez bólu, niczego nie czułam poza błogostanem. Dziwne to, bo normalnie nie cierpię ciemności, kocham światło.
Mój błogostan nijak się miał też do tego, co obserwowały pielęgniarki i lekarze na Oddziale Anestezjologii i Intensywnej Terapii. Podobno byłam bardzo niespokojna, rzucałam się, wyrywałam sobie wenflony i kabelki, usiłowałam wstawać...
Nic nie pamiętam. Podobnie też nie docierały do mojej świadomości wizyty moich bliskich, ich głaskanie po rękach, przemawianie do mnie.
Świetlisty promień
Pamiętam za to, że w tej w czerni w jakimś momencie – może to był wtorek, może środa - poczułam impuls nakazujący mi szukać świetlistego promienia o dobrej energii. Nie wiem co to był za impuls, skąd się wziął, był po prostu imperatywem. Z wielkim mozołem zaczęłam szukać tego promienia. Przed oczami majaczyły mi srebrne frędzelki, złote tkaniny, błyskotki, brylanciki, a także przepiękne materie. Odpychałam je od siebie, bo wiedziałam, że to nie jest ten promień, tylko mamidła. Między nimi zaczęły się pojawiać piękne kobiety, znane aktorki i modelki, prezentujące wspaniałe kreacje. Odgarnęłam rękami ten ostatni krzyk mody balowej i dalej szukałam mojego promienia. Osaczyła mnie czerń.
Zaczęły się w niej pojawiać szare smugi, ale wśród niech nie było mojego świetlistego promienia. - Sio, szare mamidła – mówiłam do nich. Trochę przejaśniło się i nagle widze mój promień, jest daleko, ale jakoś dopłynę do niego, przyzywam go. Niestety, po krótkiej chwili rozpływa się w mgłę. Szukam dalej. Znowu mamidła, ale pojawia się też mój promień. Jest blisko, świeci jasnym światłem, jest złamany pod kątem 45 stopni lub coś koło tego. Wygląda trochę jak proca, ale miejsce gumy do strzelania zajmuję ja. Promień ciągnie mnie, a ja nieustannie proszę: promieniu mój świetlisty o dobrej energii nie opuszczaj mnie.
Twarze nieżyjących
Dopiero w środę definitywnie zostałam przeciągnięta na stronę żywych. Przez lekarzy? Pielęgniarki? Mój promień świetlisty? Modlitwy moich bliskich? Ich miłość, którą poczułam zaraz po pierwszym przebudzeniu jak silną falę wypełniającą moją duszę? Myślę, że wszystko to razem zadziałało.
Odzyskałam przytomność. Byłam przekonana, że to noc z soboty na niedzielę. Gapiłam się w sufit, nie miałam poczucia upływu czasu, nie mogłam się ruszać, bo ręce miałam przywiązane do poręczy łóżka. Cała popodłączana do rozmaitych urządzeń. Bałam się przymknąć oczy, bo natychmiast pojawiały się twarze nieżyjących ludzi. Z czarnego tła wyłaniały się szare wizerunki kobiet i mężczyzn: brodaty, włochaty facet o chudej twarzy, jakby ze średniowiecza, ma poderżnięte gardło; stara kobieta na pomarszczonej twarzy ma jedno oko niżej niż drugie, dosłownie na wysokości dziurek od nosa, to niższe jest zaciśnięte, jakby nie było pod powiekami gałki; twarz zdeformowana przez trąd, trudno rozpoznać płeć, dziecko z wykrzywioną w bólu i zastygłą buźką; mężczyzna z okrągłą dziurą w czole jak po kuli; twarz z grymasem bólu i oczami pełnymi przerażenia. W tej niekończącej się plejadzie zmarłych, zabitych, pomordowanych, pogniłych pojawia mi się nawet twarz Johna Lennona i Chrystusa... Nie wiem skąd wiem, że to Chrystus, po prostu wiem i tyle.
Wolę mieć oczy otwarte i obserwować ruch na oddziale. Przebiega dr Jacek Zajączek, zagląda również do mnie. - A co on tak się interesuje moim banalnym woreczkiem – zastanawiam się – czyżby coś było nie tak? Jeszcze przekonana jestem, że leżę na sali pooperacyjnej a nie na OIOM-ie.
Przyszła moja mama. - Co ona tu robi? - myślę ze złością. - Przecież była z przyjaciółką na turnusie rehabilitacyjnym. Po co ją ściągnęli. Będzie się teraz zamartwiać.
Mama pyta: - Wiesz jaki dziś dzień? Najłatwiej mi pokręcić głową na “nie” (Byłam zaintubowana, więc żadne mówienie nie wchodziło w grę). Jak usłyszałam, że czwartek, to jeszcze jakoś nie do końca załapałam i zastanawiałam się, jak ją wpuścili na oddział w środku nocy. Oczywiście to był dzień. Jeszcze trochę potrwało zanim do mnie to dotarło.
Królestwo dr. Zajączka
Spędziłam na OIOM-ie dwanaście bardzo trudnych dni. Kiedy byłam już przytomna, oddychanie przez tubę i respirator stały się koszmarem (krtań do dziś mnie boli od rury), no ale inaczej udusiłabym się. Lekarze stwierdzili ostrą niewydolność oddechową. Dobrze, że anestezjolożce przed operacją powiedziałam o epizodach astmy, które zdarzyły mi się kilka razy w życiu. Moje oddychanie jest cały czas monitorowane, lekarze nie są zadowoleni.
- Słuchajcie, a sięgnijmy głębiej w historię choroby – mówi dr Zajączek, a ja mam ochotę mu powiedzieć, że najlepiej dać mi zastrzyk z hydrokortizonu, bo zawsze mnie tym leczyli. Przez zakneblowaną buzię nic nie powiem, ale przy następnym wykonywaniu zleceń pielęgniarka informuje mnie, że dostaję właśnie pięćdziesiątkę hydrokortizonu. Myślę sobie: Zajączku, jesteś wielki. Od tej pory, gdy przychodzi do mnie lub choćby mignie tylko na korytarzu czy dotrze do mnie jego głos, myślę: oto Król Zajączek Wielki. Człowiek nie poddający się rutynie.
Wlali we mnie ok. 50 litrów różnych płynów infuzyjnych i leków. Dostawałam po pięć naraz, w tym ze 2-3 antybiotyki, z klasyczną penicyliną na czele. Lekarze zaglądali do mnie i mojej sąsiadki po wiele razy dziennie, jak trzeba było, to również w nocy. Pielęgniarki skrupulatnie wypełniały ich zlecenia – leki, badania, parametry. Kilka razy na dobę przekręcały nas na boki, żebyśmy nie dostali odleżyn. Z tego samego powodu wkładały nam poduszeczki pod nogi, smarowały i oklepywały plecy. Codziennie nas myły, zmieniały pościel, kilka razy dziennie pampersy. Nie odpuszczały niczego, a przecież z łatwością mogłyby. Większość z dwunastu pacjentów w mojej sali jest nieprzytomna, wszyscy w stanie ciężkim. Nic by się nie stało, gdyby pominęły jedno oklepywanie pleców czy jedno mycie. Ale nie. Wszystko toczy się według ściśle określonych procedur.
Patrzę na siebie i innych pacjentów jak na takie ochłapy mięsa, w których coś się popsuło. Bezwładne ciała zdane na maszynerię i pomoc innych. Pielęgniarki tak nie patrzą, one widzą w nas cierpiących ludzi, z chorymi ciałami, ale posiadających przecież dusze i godność. Podziwiam ich empatię.
Jak cudownie samemu oddychać
Powoli zaczynam brać udział w oddychaniu, teraz ja kieruję respiratorem a on oddycha tak, jak ja chcę. Po pewnym czasie odłączają mnie od respiratora, ale jeszcze ciągle mam rurę w gardle. Nie mogę się doczekać kiedy mi to paskudztwo wyjmą. Jest sobota, tydzień po operacji. Pielęgniarki na próbę odwiązują mi ręce, ale jednocześnie ostrzegają, że jak wyjmę sobie rurę, to lekarz założy ją ponownie a to będzie nieprzyjemne i bolesne. Wiem, że to nie pogróżki, tylko zwykła zapowiedź konsekwencji. Jeszcze ciągle nie jest pewne, czy poradzę sobie z samodzielnym oddychaniem. Staram się za wszelką cenę wytrzymać. Wyznaczam sobie zadanie: stabilizacja oddechu. Trudne to, bo w moich drogach oddechowych zalega mnóstwo śluzu. Co jakiś czas pielęgniarka odsysa ten śluz. Boli, zapadam się w czarną dziurę, ale gdy wyjmuje odsysacz, zaczynam czysto oddychać aż do następnego razu.
Moje zmagania z oddychaniem obserwuje dr Jerzy Czyżewski, który ma dyżur przez cały weekend. O godzinie 16.45 przychodzi i mówi do pielęgniarki: - Siostro, wyciągamy rurę. Rozsadza mnie radość. Dopiero teraz zobaczyłam, jaka długa była ta rura we mnie. Myślałam, że natychmiast podziękuję doktorowi. Nie udało się. Krtań obolała, z obrzękiem – wydałam z siebie basem jedynie mało zrozumiały gulgot.
Kiedy godzinę później przyjechała moja córka, nie siliłam się już na dźwięk, skromnie szeptałam jej to, co miałam do powiedzenia. Zresztą więcej ona mówiła. Opowiedziała mi, co się ze mną działo, jak płakali, jak się strasznie o mnie bali. Przyznaje, że sama pojechała po babcię, bo uznała, że jeśli to są moje ostatnie godziny, miałaby jej za złe, że nie była przy swoim jedynym dziecku w ostatnich chwilach. Mówi mi, że babcia i ciocia zamówiły za mnie mszę.
Uśmiecham się na to, a ona: - Nie śmiej się, mamuś, nie śmiej, bo od czasu tej mszy zaczęło ci się poprawiać.
To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Z emocji spać nie mogłam. Wiedziałam już, że od chwili, gdy sama oddycham, czeka mnie przewiezienie na oddział zakaźny na dalsze leczenie. Trochę się przeterminowałam na tym OIOM-ie (dzięki temu dłużej mogłam patrzeć na jego pracę), bo w weekend przewozów nie ma, a w poniedziałek były ważniejsze sprawy: jeden pacjent powyrywał sobie w nocy wszystko, co było do wyrwania i trzeba było szybko jechać z nim na stół operacyjny, a za chwilę z drugim.
Tam priorytety są jasne: najpierw ratowanie życia, później wszystko inne. Nieoczekiwanie zajrzał do mnie lekarz z chirurgii, który mnie operował (nie wiem nawet jak się nazywa). Uścisnął mi rękę. Widziałam jego niekłamaną radość, że przeżyłam. - Ciężko było, ale najważniejsze, że pani żyje - powtarzał. A ja pomyślałam: I to wszystko wydarzyło się w najbardziej zadłużonej w kraju lecznicy, za sprawą pracujących za psi grosz, za to niebywale ofiarnie i kompetentnie lekarzy i pielęgniarek.
W karcie informacyjnej dr Zajączek napisał: „Ciężka sepsa prawdopodobnie o etiologii bakteryjnej (menigokoki, streptokoki)”. Najdziwniejsze jest to, że nie udało się ustalić, jaka konkretnie bakteria spowodowała u mnie sepsę, mimo że robiono posiewy na różne. Sepsa nie jest nawet jednostką chorobową, to raczej kolejna zmora cywilizacyjna. Łapie ludzi bez odporności, czyli tych zestresowanych, przemęczonych, byle jak odżywiających się. W moim przypadku tak było – aż do chwili rozpoczęcia pracy w Tygodniu Gorzowskim, przez całe lato przepracowaniem i stresami niszczyłam swoją odporność, w czym oczywiście nadzwyczaj ofiarnie pomagały mi niektóre osoby. Na szczęście dusze dobre i życzliwe były w przewadze. Wszystkim, którzy pomogli mi powrócić do życia, składam głęboki ukłon i wielkie podziękowania.
Dorota Frątczak