Sekretne schody
Sprawozdawcy sejmowi nie mają problemów z rozpoznaniem posła-debiutanta. Zwykle błąka się z niepewną miną i stertą papierów pod pachą w poszukiwaniu odpowiedniej komisji. Parlamentu trzeba uczyć się nawet kilka tygodni.
Jeden z dziennikarzy wspomina, jak – dzięki znajomości topografii – zdobywał poufne informacje. Otóż, najliczniejsze kluby miały posiedzenia w sali kolumnowej. Do niej zaś wiodły – ukryte za kotarą - dodatkowe schody z piętra wyżej. Na obrady klubów dziennikarzy nie wpuszczano. By nie podsłuchiwali (co czasem się zdarzało), pod drzwiami warował strażnik. Nikt – prócz jednego spryciarza – nie pamiętał jednak o „kuchennym” wejściu. Wystarczyło stać cicho za kotarą i notować. Sprawa wydała się, gdy Waldemar Pawlak przeczytał w gazecie dokładną relację z posiedzenia klubu, na którym instruował posłów, jak się mają zachowywać.
W czasie wolnym, posłowie zwykle pielgrzymują do restauracji. Najpopularniejsza jest w Starym Domu Poselskim. Przez długi czas utrzymywana była w stylu lat 70. We wspomnieniach jawi się jako knajpa o swojskim klimacie i niskich cenach. W końcu jednak nadszedł jej kres. Golonkę i leniwe zastąpiło wyszukane menu z krakowskiego „Hawełka”, co wystraszyło ubogich dziennikarzy i skąpych parlamentarzystów.
W Sejmie są dwa barki. Jeden mieści się w podziemiach starego domu poselskiego, drugi, ozdobiony metalową kratą znajduje się w nowym budynku i w ofercie ma alkohol. Ich bywalcy są zdecydowanie różni. W pierwszym posilają się dziennikarze i pracownicy biur sejmowych. Natomiast w „Barze za Kratą” niejeden polityk „puszcza farbę” dziennikarzom. Najczęściej przesiaduje w nim – mniej zapracowana – opozycja. Niegdyś „Bar za Kratą” cieszył się sławą miejsca kultowego. Rozsławiła go Anastazja P., która nawiązywała tu parlamentarne stosunki. Stałym bywalcem był poseł Zdobysław Milewski, tu „obradowała” Frakcja Rozrywkowa Unii Wolności, skupiająca kilkunastu panów.
W Nowym Domu Poselskim mieści się hotel. Zdaniem mieszkańców, przypomina wizję pijanego architekta. Pokoje umieszczone są na tak różnych poziomach połączonych coraz skręcającymi korytarzami, że odnalezienie drogi do właściwego bywa żmudne. Dla zamroczonych alkoholem te poszukiwania nieraz kończyły się klapą, czego świadkami były sprzątaczki, znajdujące posłów śpiących na korytarzu. Gdy władza cyklicznie przechodziła w ręce SLD i PSL, hotel stawał się miejscem politycznych knowań. W takiej domowej atmosferze Waldemar Pawlak usiłował skompletować rząd. Prof. Bronisław Geremek, ówczesny kandydat na ministra spraw zagranicznych zwierzał się kolegom: - Premier Pawlak przyszedł do mnie z propozycją, patrzę, a on w kapciach.
Dwie restauracje, kilka barków, kaplica, basen i sauna, kwiaciarnia, butik, bank, skrzynka na listy pocztowe, dwa kioski z prasą, biblioteka, czytelnia, księgarnia, sklepik spożywczy, dostęp do telewizji i Internetu. W sejmie jest prawie wszystko. Pani prowadząca kwiaciarnię (zaczynała jeszcze w PRL) z rozrzewnieniem wspomina Jacka Kuronia, który potrafił kupić cały kosz, 100 sztuk róż i wręczać je parlamentarzystkom. I to bez żadnej okazji! Teraz panowie przychodzą po bukiety zmuszeni okazją nie do ominięcia.
Poseł wystawiony jest na niebezpieczeństwo zgubienia się w labiryncie korytarzy, ale nie tylko. W poprzednich kadencjach szczególnie często dochodziło do … zatrzaskiwania się w toalecie. Przez jednego takiego pechowca upadł nawet rząd, bo zabrakło jednego głosu. Nie zamierzona WC-wpadka przytrafiła się Janowi Olszewskiemu. Przyszły premier brał udział w wielogodzinnych negocjacjach koalicyjnych. W pewnej chwili udał się do toalety. A tam zepsuł się zamek i odciął premiera in spe od otoczenia. Jan Olszewski wstydząc się wołania o pomoc przesiedział w swym odosobnieniu prawie godzinę czekając, aż ktoś sam przyjdzie i go oswobodzi. Tymczasem uczestnicy spotkania koalicyjnego, rozpuścili wieści, że prawdopodobnie Olszewskiego porwano.
Proszę w prawo, teraz w lewo.
Wszystkie kręte ścieżki wiodą niezmiennie do sali obrad i loży prasowej. Ta ostatnia jeszcze w sejmie kontraktowym pękała w szwach. Gdy dochodziła 9 rano, posłowie spieszyli na salę, a dziennikarze na galerię. Miejsca w pierwszych rzędach, zajmowali najważniejsi sprawozdawcy - „brytany”. „Kundle” kłębiły się z tyłu. Do przodu przeciskali się też operatorzy kamer i fotoreporterzy. Galeria tętniła życiem. Śledzono, jakie punkty wypadają, a jakie są dokładane do porządku obrad. Na dole rozstrzygały się kwestie, którymi przez kilka dni zajmował się Sejm, i którymi żyć miała cała Polska. Żaden szanujący się sprawozdawca nie opuszczał swojego miejsca.
Teraz galeria przyciąga tylko podczas najbardziej spektakularnych wydarzeń, takich jak expose premiera. Podczas zwykłych posiedzeń siedzi tu niewielu, a jeszcze mniej osób rozumie proces przyjmowania i odrzucania zgłoszonych poprawek. Radiowcy, czy „telewizorki” wolą łapać polityków poza salą – aby w kilku zdaniach streścił stanowisko swojego klubu. Piszący polują na posłów, którzy powiedzą coś „na wyłączność”.
Ustrojowa rewolucja dotknęła środowisko dziennikarskie, jak żadne inne. Zmieniła też sposób ich pracy. „Starzy” w większości zostali wypchnięci przez młode, „nie umoczone PRL-em” pokolenie. W 1989 roku redakcje poszukiwały naturszczyków, najlepiej z rodowodem solidarnościowym. Do parlamentu można więc było trafić z ulicy. Dla sprawozdawców starej szkoły było to szokiem. Nowych różniło od nich niemal wszystko – wiek, doświadczenie, spojrzenie na nową rzeczywistość, stosunek do polityków. I przede wszystkim pewność siebie i przekonanie, że to oni mają właściwą legitymację. Nie mieli w sobie pokory i byli z tego dumni. Nie ukrywali swoich sympatii politycznych i też byli z tego dumni. Zdarzało się, że na konferencjach urządzanych przez sędziwego marszałka w sali obwieszonej cennymi gobelinami siadali na podłodze, z butelką wody mineralnej w ręku, podczas, gdy gospodarz stał, wspierając się na lasce.
Z galerii dziennikarskiej rozpościera się widok na salę plenarną. Posłowie nie mają szans ukryć się przed wścibskim okiem dziennikarza. Miejsca są tradycyjnie rozdysponowane. Po jednej stronie prawica, po drugiej lewica. Zero dowolności. Tylko jeden poseł (Jacek Soska z PSL) wykazywał się niesubordynacją i zawsze siadał tam, gdzie chciał.
Najbardziej prestiżowe są fotele z przodu, zarezerwowane dla liderów. Za nimi siadają najlepsi mówcy partyjni, którzy potrafią błyskawicznie odeprzeć ataki z innych ugrupowań. Najgorsze miejsca, to te pośrodku sali – nie da się ich niepostrzeżenie opuścić. Dlatego posłowie sposobiący się do wagarów, starają się zaklepać fotele na tyłach. Im bliżej wyjścia, tym lepiej.
(Czytaj dalej)
|
|
|
|
|
Reportaż tygodnia
Najlepsze reportaże
Fałszywe tropy
Literatura faktu
Prosto z sądu
Fotoreportaż
Nasza kartoteka
Szkółka reporterska
|
|