Poranne głosowania
Poranne głosowania, to jedyna skuteczna metoda na ściągnięcie wszystkich na salę. Gdy tak siedzą razem, niejeden sprawozdawca łapie się na myśli, że połowa po czterech latach odejdzie i nikt nie zapamięta nawet ich nazwisk. Poseł Andrzej Sielańczyk z UPR stwierdził kiedyś, że tylko 120 posłów wie, po co dostali mandat na Wiejską. A Janusz Piechociński (PSL) podzielił kolegów na trzy kategorie: liderów robiących politykę i pokazujących się w mediach (dziś mówi się o nich fighterzy), za nimi drepczą cicho tzw. konie pociągowe legislacji. Resztę stanowią wypełniacze.
W każdej kadencji wśród posłów można dostrzec osoby, które w parlamentarnych ławach czują się nieswojo. Znani, choć nie z działalności politycznej, przyciągali elektorat podczas kampanii wyborczej. Ale na tym ich rola się skończyła. W sejmie kontraktowym w takiej sytuacji znaleźli się Andrzej Łapicki (zgłosił tylko jedną interpelację), Gustaw Holoubek (milczał konsekwentnie od pierwszego do ostatniego dnia.) W obecnej, właśnie zakończonej kadencji kandydatem z sufitu jest piosenkarz – Krzysztof Cugowski. Symbolem „odlotów” stał się jednak Sebastian Florek. Mandat poselski zapewnił mu występ w reality show. W Big Brotherze cała Polska patrzyła, jak biegał w rajtuzach, udając nietoperza. Wyborcy nie chcieli stracić go z oczu. Po czterech latach partyjni koledzy nominowali go jednak do wyjścia.
Udanym żartem było wystawienie kandydatów do Sejmu (I kadencji) przez Polską Partię Przyjaciół Piwa: satyryka Janusza Rewińskiego i początkującego aktora, prezentera Krzysztofa Ibisza. (Mimo młodego wieku skończył w klubie Partii Emerytów i Rencistów „Nadzieja”).
Obserwując przez lata posłów przekonaliśmy się że dla zyskania rozgłosu są zdolni zrobić wiele. A to ktoś zawiesza pod osłoną nocy krzyż (i z hukiem spada z drabiny, bo dla kurażu wspomógł się niejednym głębszym), inny parlamentarzysta po wygłoszeniu przemówienia bije sobie brawo, bo chce, by w stenogramie zapisano słówko: BRAWA, co można później pokazać wyborcom na dowód swej popularności.
Pod okiem kamery wszyscy chcą być widoczni, ale tylko od najlepszej strony. Muszą się więc maskować. Ale my, sprawozdawcy wiemy, co tak naprawdę zawiera otwarta puszka coli w rękach posła wchodzącego na salę. Nie ukryje się, gdy ktoś głosuje za nieobecnego sąsiada. Wychylający się przez barierkę na galerii fotoreporterzy uwieczniają lektury, jakimi wybrani przez naród umilają sobie godziny nudnych głosowań nad poprawkami do projektu ustawy. Tak wpadł Janusz Lisak (UP), który w sejmowej ławie z wypisanym na twarzy znawstwem delektował się pewnymi aktami. Nie były to akta prawne, tylko nagich pań.
Patrzymy na narodziny i upadki gwiazd. Pewny siebie baron SLD Andrzej Pęczak, amator mercedesów z firankami, był pierwszym na Wiejskiej, który zamienił ławę poselską na celę. Roman Jagieliński – to kiedyś działacz ludowy, wicepremier, minister rolnictwa, lider partii, wygadany, elegancki. Ktoś. W IV kadencji niewiele już osób mogło tak o nim powiedzieć. Zorganizował klub, nazywany wprawdzie „szambem”, ale który mógł decydować o być lub nie być ustaw rządowych. Tworzyli go najbardziej skompromitowani posłowie, wyrzuceni z innych ugrupowań za łamanie prawa (pijaństwo, bójki, kłamstwo lustracyjne). Jagielińskie ostatecznie opuścił scenę polityczną w niesławie.
Od IV kadencji zaczęto powszechnie przenosić do parlamentu techniki ulicznych protestów. Na przykład poprzez blokowanie trybuny sejmowej. Po raz pierwszy z mównicy nie chciał zejść Gabriel Janowski 11 października 2000 roku. Poseł domagał się wprowadzenia do porządku obrad debaty o polskim cukrownictwie. Nie pomogła groźba wyłączenia mikrofonu. W końcu zdenerwowany marszałek Płażyński ogłosił przerwę. Wychodząc dodał: „Pan poseł, jeśli chce, niech mówi dalej”.
Dwa lata później prekursor tej metody okupował mównicę od 9 rano do 4 w nocy. W tym czasie poseł przeglądał papiery, rozmawiał przez komórkę, cmoktał cukierki, zjadł obiad. A my, zamiast myśleć nad powodem protestu, zastanawialiśmy się głośno, czy ma w spodniach pampersa.
Bo z galerii dla obserwatorów większość dziennikarzy przeniosła się do palarni, gdzie można było mieć posła na oku, na monitorze wewnętrznej telewizji. Aby mieć pewność, że obraz jest emitowany na żywo, od czasu do czasu ktoś dzwonił do desperata i prosił, by wykonał jakiś ruch, co będzie dowodem, że nikt obrazu nie fałszuje. - Panie pośle proszę w prawo, teraz w lewo” – dyrygowali, a polityk bez sprzeciwu kręcił się na mównicy.
”Nędznym epigonem” nazywano posła LPR Roberta Strąka, który w 2004 roku wczepił się w sejmową trybunę na zaledwie trzy godziny. Strąk spektakularnie walczył w ten sposób o powołanie komisji śledczej ds. PKN Orlen, co i tak właściwie było już przesądzone.
Sejmowa trybuna musiała natomiast długo znosić towarzystwo zdesperowanego posła Zbigniewa Nowaka (IV kadencja, niezależny). Poseł stał samotnie pod mównicą, niknąc w oczach z powodu prowadzonej głodówki. Przez kilka miesięcy, w czasie relacji telewizyjnych, dzierżył w rękach transparent z namiarem jego strony internetowej.
Im bliżej wyborów (samorządowych, do Parlamentu Europejskiego, lub krajowych parlamentarnych) tym częściej jakiś poseł paraliżował obrady. Ten sposób na przypomnienie się publiczności upodobały sobie szczególnie Samoobrona i LPR. Biało-czerwone krawaty, od których zaroiło się pod mównicą, walczyły o to, aby debata nad odwołaniem Andrzeja Leppera z funkcji wicemarszałka odbyła się w czasie antenowym. Ale marszałek Marek Borowski wyłączył mikrofon, czyniąc protest posłów niemym.
Następnym razem Andrzej Lepper, niczym gwiazdor estrady, przechadzał się między ławami poselskimi z własnym mikrofonem.
Innym wypróbowanym sposobem na zwrócenie na siebie kamer telewizyjnych jest podwiązanie się do manifestacji przed sejmem. Gdy w latach 90. Wiejską zablokował pochód Solidarności i słychać było okrzyki: „Robotnicy do boju, posłowie do gnoju”, „Przestańcie kołki bić się o stołki”, „Zdrajcy, komedianci”, najbardziej zdzierał gardło wicemarszałek sejmu Dariusz Wójcik z KPN. A poseł Alojzy Pietrzyk wołał: „Chcemy posłów, a nie osłów”. Takie rozdwojenie jaźni do perfekcji wyćwiczył też Marian Krzaklewski, który jako poseł i szef związku zawodowego Solidarność pikietował pod sejmem oraz kancelarią premiera w proteście przeciwko uchwalanym m. in. przez siebie ustawom.
Język poniżej pasa
Kiedy w 1990 roku posłanka Grażyna Staniszewska powiedziała w sali plenarnej, że w ministerstwie finansów jest „bajzel”, zdegustowana jej koleżanka klubowa Maria Stolzman zaprotestowała przeciwko publicznemu używaniu nieparlamentarnych słów, a wiceminister finansów zaperzył się, że nie potrafi odpowiadać komuś, kto używa rynsztokowego języka. Ale już wkrótce obserwatorzy sceny politycznej alarmowali, że wypowiedzi wielu posłów w Wysokiej Izbie i poza nią sprawiają wrażenie, iż korzystają oni „pełną gębą z błazeńskiego przywileju bezkarności”. Leszek Moczulski, z trybuny sejmowej rzucił kalamburem: „PZPR - płatni zdrajcy, pachołki Rosji”. Poseł Artur Zawisza zwrócił się do lewej strony sali: „Mołczat sabaki!” SLD (Tadeusz Iwiński) odgryzło się Janowi Łopuszańskiemu z ZChN: „Polska miała tyle wspólnego z komunizmem, co inkwizycja z chrześcijaństwem”.
- Gdy słucham posłów Jurka i Łopuszańskiego, to mam wrażenie, że od innej małpy jestem – wyznał poseł Adam Michnik. Jacek Kuroń kajał się: - „Uważam, że my, elity solidarnościowe, daliśmy dupy”.
Hitem stają się deklaracje programowe ujęte w jedno zdanie. „Nie jest ważne, czy w Polsce będzie kapitalizm, wolność słowa, czy w Polsce będzie dobrobyt – najważniejsze, by Polska była katolicka.” –oświadcza wicepremier Henryk Goryszewski z ZChN. A Halina Nowina-Konopczyna z tego samego klubu ocenia autorytatywnie: „Społeczeństwo składa się z przypadkowych jednostek, więc nie można mieć do niego zaufania”. – „Najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski wiedzie przez ZChN” – ripostuje Jarosław Kaczyński.
Im barwniejsza wypowiedź, tym głośniej o pośle. Tyle, że kiedyś o konkurentach mówiło się z kpiną: „Prawdziwego mężczyznę poznać nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy” (Leszek Miller); „Z pomysłów opozycji może się narodzić to samo, co ze skrzyżowania osła z koniem: bezpłodny muł” (wicepremier Grzegorz Kołodko). Później z agresją: - „Musimy iść do przodu i ciąć, to walka na noże. Inaczej przegramy. Niech każdy dzień będzie dla naszych przeciwników coraz gorszy i niech każdego dnia chcą, żeby było wczoraj.” (Roman Giertych, wówczas opozycyjny lider LPR) Ludwik Dorn porównuje SLD do knura, a UP do zakręconego ogonka owego knura.
Wyśmiewanie, straszenie, groźby, erotyczne porównania – to obecnie stałe chwyty politycznych przemówień. W III kadencji Sejmu karierę zrobiło słowo „holocaust”. Słyszeliśmy o „holocauście na narodzie polskim”, o „holocauście polskiej nauki i techniki”, a nawet „holocauście polskich owiec”! „Czarnym charakterem” stają się Unia Europejska i Leszek Balcerowicz. Zanim lider Samoobrony wymówi nazwisko Balcerowicz, poprzedza je charakterystyką: - „Największy szkodnik i szubrawiec Polski”, „ginekolog, który bezkrwawo usuwa ciążę”, „winny zbrodni ludobójstwa z przyczyn ekonomicznych”, „zbrodniarz, który zaciska ludziom na szyi pętlę ekonomiczną”, „kpiarz, który ma poparcie głowy państwa, też uczestniczącej w mordzie na narodzie polskim”.
Z ostrego języka słynie polityk z innego bieguna, który kariery nie zaczynał na blokadach - Stefan Niesiołowski, autor określenia „plankton”, na kanapowe ugrupowania na Wiejskiej. W latach 90. wojował z lewicą (Aleksandra Kwaśniewskiego i Ryszarda Kalisza nazwał pornogrubasami), dziś jako senator PO koncentruje się na politykach PiS. O liderach tej partii mówi: "zakłamany" (Adam Bielan), "operetkowy" (Zbigniew Wassermann), "zakompleksiony" (Zbigniew Ziobro), i "arogancki" (Ludwik Dorn). Zachowania polityków przypominają mu „odruchy bezwarunkowe odmóżdżonej żaby”. Natomiast Andrzeja Leppera, prof. Niesiołowski nazywa "gruboskórnym prostakiem", "warchołem", czy "dopalającą się końcówką bełkotliwej hucpy".
(Czytaj dalej)
|
|
|
|
|
Reportaż tygodnia
Najlepsze reportaże
Fałszywe tropy
Literatura faktu
Prosto z sądu
Fotoreportaż
Nasza kartoteka
Szkółka reporterska
|
|