|
Po dwudziestu kilku latach zajmowania się biznesem Czesław Przewlekły wyzna: – została we mnie dusza nauczyciela. To przeszkadza w interesach.
Ale pomaga w zapisywaniu swych przemyśleń. Pierwszy raz chwycił za pióro (komputer nadal obchodzi z daleka) w 1989 roku. Fundacja Bankowa im. Leopolda Kronenberga ogłosiła konkurs na wspomnienia „prywaciarzy” z lat 1945–89. Organizatorom chodziło o zapisanie zmagań indywidualnej przedsiębiorczości z agresywnym wobec niej państwem.
Lapidarne sprawozdanie Czesława Przewlekłego wydawnictwo Karta umieściło w publikacji plonu konkursu pt. „Prywaciarze”. Osiemnaście lat później zapytam Czesława Przewlekłego, co potem zdarzyło się w jego życiu, czy w wolnej Polsce rozwinął legalny biznes?
Odpowie, ale najpierw musi się obejrzeć za siebie i jak przystało na belfra, podsumować te pierwsze lekcje stawiania kroków w biznesie.
Życie oponą się toczy
W lipcu 1980 roku, zaraz po rozdaniu uczniom świadectw, pojechał z żoną „maluchem” na wakacje do brata Bronka gospodarującego na ojcowiźnie we wsi Wiązownica. Tylko na taką zmianę klimatu mógł sobie pozwolić z pensji nauczyciela. Ledwo ich samochód pojawił się w znajomych opłotkach, usłyszeli głośne przekleństwa brata. Miał powód do złości – żniwa w pełni, a tu kapeć – klapnęła opona u wozu do zwożenia żyta. Nowej nie znajdzie w sklepach nawet oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Gdańska.
Czesław Przewlekły załatwił opony w Malborku, dzięki znajomościom Marka, jego przyszłego zięcia. Złapanie kontaktu wymagało wprawdzie zmitrężenia kilku godzin na poczcie (brat nie miał w domu telefonu) a potem odczekania dwóch tygodni na przesyłkę, ale opony były. A we wsi zyskał sławę, jeśli nie cudotwórcy, to kogoś bardzo ustosunkowanego.
– Posypały się – wspomina – zamówienia, poparte gorącymi prośbami, a czasem swojską kiełbasą od krewnych i znajomych. A ilu ich się znalazło! Nawet nie wiedziałem, że tylu mam. A każdy serdeczny, przymilny.
– Ty nie pamiętasz, ale mój ojciec u twojego taty był za drużbę. To my jak rodzina. Opony byś mi nie załatwił?
– No i jak było odmówić – śmieje się pan Czesław. – Zadzwoniłem ponownie z poczty do Marka, żeby się postarał. Udało mu się znaleźć dwanaście zużytych, ale całych opon od „żuka”. Kupił od znajomych kierowców. Wyznaczyli cenę: sześć sztuk za pół litra. Na wsi wziąłem po 3 tys. (na stare pieniądze) za sztukę, a jeszcze mi z wdzięczności dołożyli po 500 złotych.
I tak rozpoczęła się działalność nielegalnego przedsiębiorstwa handlu oponami Czesława Przewlekłego. Walutą przy płaceniu towaru były głównie kartki na alkohol.
Zrazu załatwiał opony i dętki „szesnastki”, czyli od „żuka”. Ale chłopi mieli też wozy na „piętnastkach”, od samochodów marki „warszawa”. Wywiązanie się z takiego zamówienia było trudniejsze. Przewlekłego już jednak wciągnęło polowanie za towarem. Mimo, że wakacje się skończyły i większość dnia spędzał przy szkolnej tablicy.
– Pierwsze dwie łyse opony i do nich dętki od „warszawy” – wspomina – zdobyłem u kolegi z pracy. Dorabiał nauką jazdy. Dętki wymagały łatania. Pojechałem z nimi do wulkanizatora, a tam Mietek, pomocnik właściciela warsztatu szepcze mi na boku:
– Potrzebujesz pan jeszcze? Bo u nas tego leży od ch…a.
Dwanaście połatanych dętek oddał za butelkę wódki. Otworzyło się drugie, po szoferach, źródło zaopatrzenia. Mietkowi Przewlekły płacił od 200 do 500 zł za oponę i od 50 do 80 zł. za dętkę. ( Na „stare” pieniądze) Czasem w naturze.
Pomocnik właściciela warsztatu potrzebował na przykład tokarkę i pnie jabłoni, bo po fajerancie robił drewniane elementy do schodów. Maszynę skombinował Przewlekłemu znajomy, który był kierownikiem zmiany w jednym z malborskich zakładów. Wyprowadził tokarkę za bramę, że niby jest na złom. Potem pan Czesław dogadał się ze złomiarzem i otrzymał od niego stosowny kwit odbioru rupiecia, wystawiony na zakład. Żeby remanent się zgadzał, tego samego dnia dostarczył do punktu skupu żelastwo o wadze równej ciężarowi tokarki.
A drewno z jabłoni Przewlekły uzyskał od znajomego dyrektora PGR, gdzie był duży sad i drzewa do usunięcia. PGR–owcy nie chcieli brać pni na opał, bo zakład miał obowiązek dostarczyć im węgiel. Dyrektor chętnie pozbył się zalegającego na placu drewna, jeszcze kazał pracownikowi podrzucić ładunek na wskazane miejsce.
– Po drodze – wspomina Przewlekły – dogadałem się z traktorzystą, że będzie zbierał dla mnie dętki i opony „16–tki” (przednie od ursusa). Inkasował za to po 150 zł od opony i 20 zł od dętki gotówką, a jeszcze chętniej brał flachę.
Kolejne źródła zaopatrzenia to było miejskie wysypisko i parkingi. Penetrowali z zięciem ulice miasta, wypatrując „warszaw” i „syren”. Rozpytywali o nie głównie chłopców, zaglądali na podwórka. To były takie czasy, że przewidujący właściciele samochodów nie wyrzucali zniszczonych części na śmietnik. Magazynowało się, bo nuż coś się przyda. Na wysypisku lądowały głównie opony od pojazdów państwowych.
Z czasem te „partyzanckie skoki” ujęli w pewien system. Zrobili mapkę województwa, z naniesionymi na niej punktami poszukiwań. Dotarli do warsztatów naprawczych. Kupowali stare opony i dętki nawet z dziurą, dawali do wulkanizacji, bieżnikowania. Robił to człowiek z Olsztyna, pracownik upadającego Stomilu, który skombinował z fabryki odpowiednie urządzenie.
– Zdarzało się –wspomina Czesław Przewlekły –że kupowałem od kogoś łysą oponę za 200–300 zł, (ciągle na stare pieniądze) dawałem do bieżnikowania, co kosztowało 500 złotych, po czym tę samą sztukę sprzedawałem za 5 tys. złociszów. Kilka razy nabyliśmy pomalowane jaskrawo olejną farbą, bo służyły przed blokami jako kwietniki.
Zdobyczny towar trzeba było magazynować. Najpierw służył do tego garaż. Potem pusty chlewik matki zięcia. Z czasem Przewlekły kupił opuszczoną chałupę za miastem.
Opony wysyłał do klientów pocztą, albo koleją. Sprzedawał je też na targowisku. (od rana, bo przeszedł na wcześniejszą emeryturę). Ponieważ prawo do handlowania na targu mieli tylko rolnicy, aby uniknąć oskarżenia, że jest spekulantem, przebierał się za chłopa; na targowisko zajeżdżał wozem konnym brata. I gadał gwarą z rodzinnej wsi. Nowe opony przykryte w samochodzie, sprzedawał w ustronnym miejscu tylko klientom sprawdzonym. Po pewnym czasie powstał łańcuszek wprowadzających – ten, co kupił, polecał swojego znajomego i tak dalej.
Handel oponami zakończył w 1989 roku. Na pamiątkę został mu egzemplarz „Prywaciarzy”, gdzie wydrukowano kawałek jego wspomnień z tego okresu życia. Zastanawiał się, co robić dalej.
Słówko „może”
– Nie miałem jeszcze sześćdziesiątki na karku – opowiada – a to nie jest wiek, w którym pragnie się siedzieć z różańcem pod ciepłym piecem i prosić Pana Boga o lekką śmierć. Pół szuflady w moim biuru zajmował kolorowy złom różnych odznaczeń i makulatura laurek w rodzaju „zasłużony dla...”, za „wybitne osiągnięcia w....”, „wyróżniony przez...”, „odznaczony krzyżem...”
– Może chałupnictwo? – podpowiedziała żona – w gazetach pełno było tego rodzaju inseratów. Kusiły lekką robotą i dużymi zarobkami. Nawet trzydzieści tysięcy zł dziennie, licząc na stare pieniądze Zleceniodawca obiecywał zaopatrzenie w materiały za zaliczeniem pocztowym.
– Wysłałem zgłoszenie i wkrótce nadeszła gruba przesyłka, za którą zapłaciłem dwadzieścia tysięcy. W kopercie był plik kartek zadrukowanych przeróżnymi horoskopami i wróżbami, oraz instrukcja, co mam z tym zrobić. Należało mianowicie powielić w tysiącach egzemplarzy i sprzedawać na ulicach, w tunelach, pod kościołami, na giełdach i targowiskach. Łaskawy ogłoszeniodawca z Wałcza nie ograniczał zarobków. Było mi głupio przed samym sobą, że ja, wieloletni nauczyciel, b. dyrektor szkoły, tak dałem się nabrać.
Raz na zawsze skończył z chałupnictwem. Zaczął przeglądać ogłoszenia o pracy w prywatnych zakładach, których przybywało z dnia na dzień.
Firma „Statek” z Gdańska (budowa i wyposażenie szkolnych obiektów sportowych) poszukiwała odpowiedzialnych i przedsiębiorczych pracowników. Nie zastrzegli, że tylko młodych, więc pojechał na pierwsze spotkanie reflektantów z kierownictwem.
– Spośród około 30 chętnych – wspomina Przewlekły – wybrano sześć, w tym mnie. Ucieszyli się, że jako były dyrektor szkoły jestem wprowadzony w temat. Mieliśmy poszukiwać zleceniodawców dla „Statku”, a później nadzorować realizację kontraktów.
Spotkanie prowadził szef firmy, którego wspomagał inżynier budownictwa. I to mnie nie dziwiło. Ale był tam też osobnik, którego rola polegała na potakiwaniu dyrektorowi jak to wszystko w tej firmie jest super i okey. I jakie kokosy możemy zarobić. Słówko „może” zapaliło mi w głowie czerwone światło. Ten człowiek zachowywał się jak faktor na dawnych jarmarkach, który wspomaga sprzedającego w windowaniu ceny, albo kupującego w jej zbijaniu. W czasie przerwy podszedłem do niego i dawaj szczegółowo wypytywać: –A co?, a kiedy?, a gdzie?, a jak?, a za ile ? Na nic nie potrafił konkretnie odpowiedzieć. Ale w te pędy poleciał do dyrektora donieść, że go maglowałem. Reakcja szefa była natychmiastowa –bez tłumaczenia stwierdził, że ja się im nie nadaję. Skwapliwie się z tym zgodziłem, dodając że nawzajem.
Ale to doświadczenie nie zniechęciło go do uważnej lektury rubryki ogłoszeń w miejscowej gazecie.
Dwa miesiące później znalazł ofertę pracy w firmie „Supost” z Gdańska, zajmującej się rozwożenia paczek zagranicznych na terenie województwa. Właścicielem „Supostu” był Polak Łukasz Małecki, który mieszkał w Holandii. Paczki przychodziły z Amsterdamu do Katowic, stamtąd do Gdańska, a z Gdańska do Miasta, w którym mieszkał Przewlekły. Jego praca miała polegać na dostarczaniu paczek do konkretnych rąk odbiorcy. Płacono prowizyjnie.
– Po dwóch miesiącach – wspomina pan Czesław – dyrektor zrobił mnie kierownikiem terenowej placówki rozdzielczej z zadaniem werbowania rozwozicieli. Interes rozwijał się nieźle. Z czasem doszły też przesyłki na cały kraj: ekspresowe i zwykłe.
Przewlekły wciągnął do roboty zięcia. Dobrze brzmiało w odpowiedzi na wścibskie pytania sąsiadów – pracujemy w firmie zagranicznej.
Splendoru dodawał sam właściciel „Supostu” gdy wpadał do domu swego podwładnego z wizytą. Przy jego zagranicznym samochodzie przed blokiem od razu gromadził się tłum gapiów. A gość jakby nigdy nic wyjmował z bagażnika egzotyczne foliowe torby (takie reklamówki sprzedawane były w przejściu podziemnym w Warszawie jako rarytas) wypakowane kawą, koniakiem, czekoladą i na oczach sąsiadów wręczał je pani domu. |