To miała być przygoda. Mogła sobie na to pozwolić. Niezamężna, bezdzietna. W Hufcu ZHP, gdzie pracowała od lat, zarabiała zupełnie przyzwoicie – jak na Polskę, jak na Opatów, jak na kobietę. Układy też miała dobre. Bez problemów dano jej półroczny urlop. Kawalerką, którą odziedziczyła po dziadku, obiecało zająć się rodzeństwo. Żadnego ryzyka. Od dziecka lubiła włoskie filmy, zwłaszcza o mafii. Ostatnią rzeczą, którą włożyła do walizki był słownik włosko-polski. Kupiła go przed dziesięciu laty. Wierzy, że to było przeznaczenie. Przecież nie mówiła po włosku ani nie planowała się tego języka uczyć.
Przez pierwsze dwa miesiące Wioletta pracowała jako pomoc domowa w Lago Patrii. Potem dwa kolejne u innej rodziny i jeszcze dwa u następnej. Wspomnienia ma jak najgorsze. Nie chodzi o sprzątanie. Wiedziała do jakiej roboty jedzie. Nie mogła się pogodzić, że nagle nie jest wolną osobą, nie może wyjść, kiedy chce (tylko w czwartek po południu i w niedzielę), zjeść, położyć się spać, zadzwonić, wykąpać się, gdy ma na to ochotę.
– Nawet wyraz twarzy trzeba mieć na zawołanie. Nie za smutny, bo „jeśli jest ci aż tak źle, to szukaj lepiej”, ani za wesoły, bo „coś to podejrzane”.
Pomógł jej łut szczęścia. Dzięki Włochowi, którego poznała na wychodnym, dostała pracę pokojówki w hotelu w Neapolu. Podrzędny, dwugwiazdkowy pensjonat. Pięć lat tam przepracowała. Właściciele wyrobili jej dokumenty, poczuła się pewniej. Odeszła, ponieważ włoska pokojówka z zazdrości doniosła na policję. Coś musiało być nie w porządku, bo hotel zamknięto.
I znów miała szczęście – znajomy Włoch znalazł w lokalnej prasie ogłoszenie o bezpłatnym kursie na mediatora. Jako jedyna dostała się z ulicy, bez niczyjego wsparcia. Rano sprzątała na godziny, a wieczorami chodziła na zajęcia. Wykładowcy polecili ją kooperatywie „Dedalus”. Trafiła do kilkuosobowego zespołu opiekującego się prostytutkami. Jeździły nocami po ulicach Neapolu i na Domicję, gdzie o każdej porze stoją setki sprzedających się kobiet.
– Najtrudniej było na początku. Patrzą na ciebie gotowe cię wyśmiać, wyszydzić, jeśli się odezwiesz. Patrzysz na nie i zadajesz sobie pytanie: Boże, co ja tu robię? Ale pomału, noc po nocy, oswajasz się z tym światem. Jeśli myślisz – ja jestem dobra, a one są złe – nie jest to praca dla ciebie.
Najtrudniej było, kiedy Ukrainka poprosiła ją o pomoc w usunięciu ciąży.
– Jestem przeciwna aborcji, ale co miałam jej powiedzieć – przemyśl to, zastanów się, wróć do biedy z dzieckiem? Poszłam z nią do szpitala. Byłam przy niej.
Te dwa lata z „Dedalusem” to był czas, gdy telefon dzwonił na okrągło. Nie umiała powiedzieć: nie. Zawsze była do dyspozycji. Jedna kobieta z Nigerii powiedziała jej: Wioletta, ty źle robisz. Ja, wracając do domu, moje problemy zostawiam przed progiem.
Wróciła do sprzątania na godziny. Ma swoje domy. Codziennie po południu można ją spotkać w siedzibie włoskich związków zawodowych przy placu Garibaldiego. Pełni funkcję społecznego mediatora. Pomaga emigrantom polskim, ukraińskim, etiopskim, w zdobyciu pozwolenia na pobyt. Jest pierwszą osobą, z którą rozmawiają. To ona radzi, co dalej robić, gdzie się zwrócić, czy są szanse na pomoc prawną. Ma pełne ręce roboty. Polki najczęściej przyjeżdżają bez elementarnej znajomości włoskiego. Niektóre uczą się w mig, a dla innych jest to bariera nie do pokonania.
– Niedawno miałam taką z Bieszczadów – opowiada. – Pięćdziesiąt parę lat, po raz pierwszy za granicą. Nikt po nią nie wyszedł. Płakała. Kobiety zaprowadziły ją do noclegowiska, w nocy chciała popełnić samobójstwo. Umieściliśmy ją w szpitalu San Genaro, na oddziale psychiatrycznym. Nie była chora, lecz zdesperowana. Udało mi się zebrać na bilet i odesłaliśmy ją do domu. Inną Polkę, też koło pięćdziesiątki, policja znalazła pijaną na ulicy. W Polsce ta kobieta była psychologiem, tu nie mogła sobie poradzić i wpadła w nałóg.
– Wiele kobiet pije. Dużo Jest bezdomnych. Trzy lata temu w szpitalu Ascalesi Polka w średnim wieku umarła na chorobę alkoholową. Przed śmiercią dała mi adres do Polski. Zadzwoniłam. Nikt nie przyjechał. Została pochowana w Neapolu. Niedawno poprosili mnie o pomoc „Lekarze bez granic” – mieli pacjenta, który nie mógł chodzić z powodu porażenia poalkoholowego. Chłopak leżał w szpitalu dwa miesiące. Byłam jedyną osobą, która go odwiedzała. Powiedział, że znalazł pracę tylko dorywczą, potem i ta się skończyła, zaczął pić, żebrać, a co wyżebrał, to przepił. I tak tydzień po tygodniu. Wstydził się wrócić do Polski, do rodziny.
Ci, którym nie wyszło, z reguły się wstydzą. Nie chcą się przyznać, że sobie nie poradzili. Niektórych wciąga takie życie.
Na początku każdy przyjeżdża z ogromnymi nadziejami. A tu, na południu, jest bardzo ciężko, z każdym rokiem coraz trudniej. Mimo to emigrantów przybywa. Dziesięć lat temu z Polski były dwie linie autobusowe, dziś jest ich kilkanaście. Każdy myśli, że właśnie jemu się uda. A z reguły udaje się niewielu.
– Tobie się udało?
– Czy ja wiem.
– Myślisz o powrocie?
– Raczej nie.
Wioletta jeździ do Polski raz na dwa lata. Mieszkanie zapisała bratu. Papiery ma w porządku, o obywatelstwo nigdy się nie starała i nie ma takiego zamiaru. Po co? Jeśli rząd Prodiego się utrzyma, głosować i tak będzie mogła. Pytam, czy nie myśli o małżeństwie?
– Włosi boją się samodzielnych kobiet.
(czytaj ciąg dalszy)
Autro: Małgorzata Brączyk