Reportaż arrow Mobbing w pracy arrow MÓJ PRACODAWCA OPRAWCA


Mój pracodawca oprawca


Image

Mobbing jest jak gra kota z myszką - najpierw długie dręczenie, potem decydujący atak.

Monika Nowik, matematyczka z gdańskiego Gimnazjum nr 1 na próżno stara się ukryć swój żal. Na początku milcząca, jakby przestraszona, nagle wybucha: – One mnie wewnątrz zamordowały! Co z tego, że chodzę, żyję, gdy wciąż osaczają mnie ich złośliwe szepty, spojrzenia, porozumiewawcze uśmieszki. I strach. Wystarczy, że w tłoku, na ulicy, ktoś mnie dotknie niechcący, a cała truchleję.

Trzy hospitalizacje, półroczne leczenie psychiatryczne i wreszcie ostatni pobyt w Centrum Terapii Nerwic w Mosznej zrobiły swoje; w Monice powoli rodzi się gniew. Gniew i wściekłość, które mogą ją postawić na nogi. Milczała zbyt długo, teraz będzie mówić, krzyczeć, dochodzić swoich praw. Swoją historię opowiada na jednym wydechu, nie pozwala sobie na żadne przerwy, dla niej ważny jest każdy detal.

W szkole uczyła od dziesięciu lat. Umiała przekonać uczniów do matematyki nie tylko na lekcjach – organizowała konkursy, koła zainteresowań, nawiązała kontakt ze specjalistycznymi wydawnictwami. Dyrekcja szkoły i niektórzy koledzy szybko się zorientowali, że można wykorzystać jej pracowitość i uczynność. Zlecano więc jej robienie sprawozdań, statystyk, identyfikatorów, układanie planów. Nie protestowała, bo nie jest małostkowa. Mimo to nigdy się z nimi nie zżyła, unikała wspólnych wyjazdów, stroniła od hucznych imprez, faktycznie była spoza układów i bez pozycji w lokalnym światku.

Atmosfera zaczęła się zagęszczać trzy lata temu. Najpierw z gabinetu, który wyposażyła własnym staraniem, przeniesiono ją do obskurnej salki. Odebrała to jako złośliwość, ale machnęła ręką. Dzięki pomocy rodziców wyremontowała zapuszczone pomieszczenie. Potem pozbawiono ją dodatku motywacyjnego. Gdy próbowała dochodzić swoich praw usłyszała, że jest bezczelna. Jednak prawdziwą kością niezgody okazały się jej zajęcia dodatkowe, przygotowujące uczniów do egzaminów gimnazjalnych. Prowadziła je za darmo, po godzinach. I z entuzjazmem. Skutecznie konkurowały z lekcjami płatnymi prowadzonymi w tej szkole przez znajomego dyrektorki. W roku szkolnym 2004/2005 na tego rodzaju korepetycje nie było już chętnych – uczniowie przenieśli się do Moniki Nowik. Niby wolny wybór, ale w powietrzu zawisł niemy wyrzut grona pedagogicznego. Brakowało tylko pretekstu, żeby rozprawić się z „Siłaczką”. Na wycieczce klasowej do Zakopanego towarzyszące jej koleżanki celowo zachowywały się tak, aby wywołać skandal. Kiedy dzieci opowiedziały o tym rodzicom, a ci wnieśli skargi, nauczycielki solidarnie obarczyły winą Monikę. Nowik nie miała szans na przeprowadzenie dowodu prawdy. Na końcowej radzie pedagogicznej w czerwcu nie przyznano jej wychowawstwa na następny rok.

Bolało, ale przez wakacje zapomniała o krzywdach i we wrześniu ruszyła do pracy z nowym zapałem. I wtedy dopiero zaczęło się… Zgoda na prowadzenie zajęć dodatkowych? Wykluczone. Dlaczego? Bo nie. Poszła na skargę do kuratorium. To tylko podgrzało pełną jadu atmosferę w pokoju nauczycielskim. Nie mogła nawet zwyczajnie usiąść na krześle, bo albo go dla niej nie było, albo starannie je po niej wycierano. Po kilku dniach była już tak zastraszona, że bała się wejść do szkolnego budynku. Do bramy odprowadzał ją narzeczony. Pocieszał, że wszystko jakoś się ułoży. Ale nie ułożyło się.

W końcu września dyrektorka zwołała radę pedagogiczną. Nagle któraś z nauczycielek oskarżyła Monikę, że nagrywa przebieg spotkania. Daremnie zaprzeczała. Koleżanki osaczyły ją, przyparły do okna i zaczęły rewizję w jej torebce, szukając dyktafonu. Sprzętu nagrywającego nie znalazły, ale…

– Wyrzucały z niej kolejne przedmioty ze złośliwymi uwagami. Kiedy znalazły inhalator, zaczęły pokazywać nim nieprzyzwoite gesty. Wyśmiewały się z mojego związku z Piotrem – opowiada z gniewem dziewczyna.

Potem na zebraniu z rodzicami została wypchnięta z sali przez zmówione nauczycielki, chociaż spotkanie odbyło się po to, aby zdecydować o jej zajęciach dodatkowych. – Wyp…dalaj do Izraela! – wykrzyczała jej w twarz jedna z matematyczek. – Żydówki myją się tylko raz w miesiącu, po menstruacji - usłyszała kiedy indziej mimochodem rzuconą uwagę wśród dwuznacznych chichotów.

Prześladowczynie chowały jej dzienniki, wpadały niby to przez omyłkę na lekcje, niszczyły jej rzeczy; kiedyś z kurtki, która spadła z wieszaka, zrobiły sobie wycieraczkę. Dyrektorka nie pozwoliła „tej Nowik” wydawać gazetki matematycznej. Ktoś z grona ostrzegł dzieci przed panem z brodą, (wskazując na Piotra, który codziennie czekał na narzeczoną pod bramą szkoły), bo może być pedofilem. Monika zachorowała na bezsenność, nawet końskie dawki leków nie pomagały. – Leżałam tak w ciszy noc w noc i słyszałam tylko szum przepływającej w żyłach krwi; wtedy przychodziły mi do głowy najczarniejsze myśli.

Zebrała się jednak ostatkiem sił, by napisać do Stowarzyszenia Antymobbingowego pod patronatem Barbary Grabowskiej (radna PIS w pomorskim sejmiku samorządowym). Ale do tej samej organizacji odwołała się też dyrektorka szkoły. Powołano komisję antymobbingową, przed którą Monika, za radą prawnika, nie stawiła się. Nieco później komisja dyscyplinarna kuratorium rozpoczęła postępowanie wyjaśniające. Jedna z jej członkiń poinformowała poufnie Monikę, że jej maile z prośbą o pomoc do organizacji antymobinngowej, odwrotną pocztą wracały do dyrektorki. Pod koniec grudnia ub. roku stanowisko w sprawie Nowik zajęła też Państwowa Inspekcja Pracy. Nie zostawiono żadnych wątpliwości, to był mobbing.

Monika już nie miała siły się z tego cieszyć, psychicznie była na samym dnie. W szkole przemykała się od ściany do ściany, nie znajdowała też spokoju we własnym mieszkaniu. Ktoś stłukł szybę w jej oknie i wysmarował drzwi odchodami. Poszła jeszcze na wigilię pożegnać się z uczniami, potem chciała skoczyć z 10 piętra… Uratowała ją zablokowana winda i czujna domyślność Piotra. Jej sprawa leży w sądzie pracy. Dopóki nie zapadnie wyrok, Monika Nowik żyć będzie w zawieszeniu. Regina Białousów, pełniąca obowiązki dyrektora wydziału edukacji i sportu w gdańskim magistracie jest pewna, że w gimnazjum nie stosowano mobbingu.

Gdyby zdarzyło się to, o czym opowiada matematyczka, władze natychmiast by zareagowały – twierdzi. Podobne stanowisko zajęła organizacja antymobbingowa Grabowskiej, dodając jeszcze, że to działania Nowik uwłaczają godności zawodu nauczyciela. W sądzie pracy stowarzyszenie wspierało dyrektorkę gimnazjum.

Mariola Żarnoch z Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Antymobbingowego OSA jest już innego zdania. Uważa, że Monikę bardzo skrzywdzono.

– Zupełnie nie rozumiem postępowania dyrektorki, która w rozmowach telefonicznych najpierw zapewniała mnie, że Monika to jej najlepszy pracownik, że nie chce go stracić, a jednocześnie nic nie robiła, przyzwalając, by nękanie trwało.

Słucham tych wszystkich relacji, przeglądam dokumenty, a potem patrzę na kruchą, dziecięcą niemalże sylwetkę Moniki, jej roztrzęsione ręce, kurczowo ściskające plecak. Gdy opowiada o swojej pracy, pełna pasji, nie umiem sobie wyobrazić, że taka osoba mogła, jak twierdzi internetowa „matka”, zastraszyć całe gimnazjum. Do Piotra ostatnio zadzwonił dyrektor jednej ze szkół na Pomorzu i zaproponował Monice pracę u siebie. – To najpiękniejszy gest, jaki spotkał nas w tym nieszczęściu –zauważa mężczyzna.

Monika jeszcze nie potrafi się z tego cieszyć, jest zbyt przytłoczona. – Dlaczego mnie to spotkało? – pyta wprost. A ja nie mam dla niej żadnego wyjaśnienia, też nie rozumiem, jak z paru błahostek, bzdurnych incydentów, mogła się narodzić taka nagonka, taka katastrofa. Czyżby największym grzechem Moniki był po prostu jej indywidualizm, jej prawie nieuchwytna odmienność?

(Czytaj dalej)



 
Image
 
Image
Profesjonalne statystyki www