SPRAWA STRACONA
Na początku kwietnia 1863 r. Kronenberg otrzymał kolejne ostrzeżenie od Rządu Narodowego że „utrzymuje stosunki ze znanym całemu krajowi i wyjętym z pod prawa zdrajcą Wielopolskim”. (Do dziś historycy spierają się, czy kontrowersyjna polityka margrabiego była podyktowana interesem uciemiężonej Polski, czy też serwilizmem wobec cara). Kronenberg, czując się podwójnie zagrożony: ze strony powstańczej lewicy, oraz policji carskiej, postanawia opuścić wraz z rodziną kraj. Przez pół roku – na tyle dostał paszport – mieszkają w hotelach Austrii, Niemczech, Holandii i Belgii.
W przeddzień wyjazdu udał się potajemnie do ówczesnego kierownika Wydziału Skarbu Rządu Narodowego Henryka Wohla i wręczył mu pół miliona złp. – Sprawa stracona - rzekł - daję to na ratowanie ludu.
Gdy Kronenberg wrócił do kraju, znane już były straty polskiego narodu z powodu klęski powstania. W liczbach wyglądało to następująco: około 6 tys. osób skazanych na karę śmierci, 38 tys. pognano na Sybir. Bardzo wielu Polaków pozostało na emigracji. Trzeba było im pomagać.
Kraszewski pisze z Drezna do Kronenberga: „Z kredytowego listu wziąłem do tysiąca talarów.(..) Staram się być oszczędnym, ale ogromnie mnie tu przybywający doją. także z tych tysiąca więcej niż trzecia część poszła do ludzi”.
Finansista posyła pisarzowi kolejne pieniądze i zwierza się:
„Wobec smutnych okoliczności krajowych zaczynam już także Kochany Panie Józefie myśleć, co zrobić z gazetą. Będąc na ciągłe straty narażonym, a nie mogąc obecnie działać przez Gazetę na zewnątrz myślę, czy by w istocie nie warto było zawiesić ją od 1-go stycznia…”
Ale po wymianie korespondencji odsuwa tę myśl:
Masz rację Kochany Panie, że Gazeta Warszawska skorzystałaby na zawieszeniu Gazety. Polskiej. (…) I że z trudnością znowu zaprowadzićby ją przyszło (..) Nie byłbym od prowadzenia nadal gazety żeby mi taki budżet przedstawiono, bym przy 3.000 –ach prenumeratorach nie był na wielkie straty wystawiony. Dotychczas straciłem około r.sr.60.000”.
Nie chce dalej topić pieniędzy (zwłaszcza, że cenzura szaleje, Gazeta przestaje pełnić rolę edukacyjną). Inne przedsięwzięcie go pociąga. Budowa kolei. Namiestnik Berg zdecydował, że wobec zawsze możliwego wybuchu wojny należy połączyć torami fortecę warszawską z fortecą w Brześciu Litewskim.
– Ojciec – pisze w swych wspomnieniach syn Leopolda Kronenbrga Julian) nakreślił odpowiednie podanie do namiestnika, zapewnił, że ma szerokie stosunki finansowe z zagranicznymi instytucjami i będzie mógł sprawnie i prędko tę budowę przeprowadzić. (…) Nie będę tu cytował wszystkich trudności i przeszkód, jakie niegodni konkurenci stawiali. Ojciec to zwalczył i w niespełna półtora roku całą drogę żelazną około 200 wiorst oddał do użytku publicznego.
Leopold Kronenberg staje się wyznawcą pracy organicznej.
24 marca 1864. roku pisze do ciągle przebywającego za granicą Kraszewskiego: .
„Chciej mi Pan swoje uwagi porobić nad prawem włościańskim.. Powierzchownie przeczytałem i widzę tylko, że kwestią potrzaskali połamali, porozcinali. Ale nie rozwiązali. Wielki chaos i ruina”.
Prawdopodobnie pisarz nie wykazał szczególnego zainteresowania prośbą, (a po trosze i żądaniem, wszak nadal pozostawał na utrzymaniu bankiera),bo rychło otrzymał od swego dobrodzieja list:
„Nie pojmuję, jak człowiek z taką inteligencją jak Kochany Pan tak trudno się orientuje – nasza sprawa nie ustaje, choć powstania niema i nie godzi się być chwiejącym w tym kierunku. Zgodziłeś się ze mną, że sprawa nasza musi przejść w nową fazę. Więc trzymaj się albo tego, albo dawniejszego systematu; Kraj powstania nie chce – obywatele adresa podpisują – inteligencja w innej fazie sprawy chce dla niej pracować. Przepraszam, że tak szczerze pisze, ale przyjaźń, jaką dla Pan mam nie pozwala mi patrzeć obojętnie na taką chwiejącą się pozycję”.
I w post scriptum:
„Co do żądania Twego osobistego, Kochany Panie Józefie pozwól, żebym jako przyjaciel otwarcie objawił Ci moje zadziwienie, że przy tak skromnym Twojem życiu tak wiele pieniędzy wydajesz. Wszystkiego sobie odmawiasz, a wiele Ci się pieniędzy rozchodzi. Piszesz mi, że jesteś bez grosza – nie mogę więc zostawić Cię ogołoconym ze środków. Piszę dziś do kantoru, żeby Ci tymczasem posłali list kredytowy za 1000 talarów. Będziesz na jakiś czas zaopatrzonym.”
Kronenberg wysyła pieniądze, płaci długi pisarza, zatrudnia jego syna Jasia (którego lekkoduchostwem ojciec bardzo się martwi) na dobrym stanowisku przy budowie kolei żelaznej, ale jednocześnie usilnie namawia Kraszewskiego na powrót do kraju.
„Toniemy w marzeniach nie mogących się ziścić, gdy tymczasem żyzna rola pustoszeje a owo próżnowanie grozi niechybną ruiną. Szanując to, co w przeszłości poszanowania jest godne, chcę wytrzeźwienia się narodu i zaprzysiężenia go do pracy.
Przekonanie silne, że emigrowanie gubi ludzi i jest zgubą dla kraju było powodem, żem Panu telegrafował, że 300 talarów przeznaczam dla pójścia w pomoc tym, którzy do kraju wrócić zamierzają. (…).Na liście ofiarodawców nie potrzebuję figurować. Ja lubię robić dla rzeczy, a nie dla świata.”
Ale Kraszewskiemu nie spieszy się do kraju. Kronenberga coraz bardziej to irytuje.
– „Właśnie dowiaduję się – pisze 19 X. 1964 roku– że ofiarowano Panu katedrę literatury w naszej Szkole Głównej i że Pan w odpowiedzi przyjąłeś, ale pod warunkiem otrzymania urlopu do 1-go lipca. Nie rozumiem Pana, dalibóg!. Więc Szkoła Główna ma czekać i na ten rok stracić prelekcje? Przyjaciele Pańscy tutaj się starali, wszystko zrobili, aby Witego (nowy dyr. Komisji Oświecenia – HK. ) nakłonić, żeby nie sprowadzał z Rosji kandydatów, a Pan tak niemożliwe warunku stawiasz. Kochany Panie Józefie! Już czas, żebyś zaczął praktycznie postępować, a nie włóczyć się po świecie jak lunatyk jakiś. Twój przyjaciel Leopold”.
A nazajutrz:
„Dopiero teraz dochodzi mnie list Pański pisany do Wiesbaden i natychmiast pośpieszam z odpowiedzią na Pańskie żądanie, któremu zadośćuczynić jak Pan wiesz jestem w możności, chociaż dużo już mi pan winieneś.(..) Od czasu wyjazdu swego, tylko licząc już moje listy kredytowe bardzo wiele wydałeś a przytem żyjesz prawie jak wyrobnik. Nie jest to wprawdzie moja rzecz mięszać się do Pańskich wydatków - czynię to z przyjaźni - ale ile to ode mnie zależy, chciałbym przeszkody stawiać Twojej lekkomyślności. Chciej Pan rozpatrzeć, cóżeś wydał od czasu swego wyjazdu a sam się zdziwisz.”
Nawet w liście do zaprzyjaźnionego Kraszewskiego Kronenberg rzadko zwierza się ze swoich kłopotów. A był już zbyt znany, aby nie dorobił się wrogów”.
–Widzieliśmy go – napisał współczesny Kronenbergowi Askenazy – doznającego najboleśniejszych zawodów od tych, których dobrodziejstwami obsypał, a którzy z osłupiającą niewdzięcznością odpłacili mu się.
Kupiec ziemianinem.
W interesach pomyślnie. Wywalczył zgodę namiestnika na budowę Kolei Warszawsko-Terespolskiej. Oddaną do użytku po trzech latach, nie bez powodu nazywano potocznie „sybirską”. Kronenberg usadowił tam na kierowniczych stanowiskach ludzi zasłużonych dla kraju, zwłaszcza powracających z Sybiru zesłańców.
Z żelazną konsekwencją trzyma się swego planu pracy organicznej: koniec z walką zbrojną, skoro nieuchronnie przynosi klęskę – teraz trzeba pokonać zaborcę na polu gospodarczym. Kronenbergowi przybywa społecznych funkcji: jest m.in. członkiem Zarządu Giełdy Warszawskiej, starszym Zgromadzenia Kupców, założycielem Towarzystwa Kredytowego m. Warszawy, Kasy Przemysłowców, Warszawskiego Towarzystwa Ubezpieczeń od Ognia.
I znanym filantropem. Bez państwa Kronenbergów nie może się odbyć żaden organizowany na cele charytatywne bal w Resursie Kupieckiej. Leopold jest ulubionym gościem obiadów wydawanych przez Aleksandrę Potocką z pałacu w Wilanowie. Hrabina ma swym życiorysie piękną kartę patriotyczną. Gdy car zażyczył sobie, aby pojęła za małżonka znanego mu hrabiego Szeremiejetewa odpowiedziała, że jest już zaręczona z kuzynem Augustem hr. Potockim. Nie była to prawda, ale jedyny sposób na uniknięcie matrymonialnego związku z Rosjaninem.
Hrabia Gucio, beztroski bon vivat, noce zazwyczaj spędzał z podejrzanymi paniami w restauracjach Hotelu Polskiego, ale małżonka i tak była mu do końca życia wdzięczna za uratowanie jej od hańby wiązania ręki stułą z ciemiężycielem narodu polskiego. Choć lekkomyślny małżonek nieraz stawiał ją w kłopotliwej towarzysko sytuacji.
Gdy narobił niebotycznych długów w Paryżu (wpadając w sidła jakiejś aktoreczki) hrabina uregulowała wszystkie te rachunki, a że była skrupulatna, wydatki umieściła w rubryce: „Gratyfikacje dla służby hrabiego Potockiego”.
Zaraz po ślubie założyła czarną suknię i nigdy nie przyodziała żywszej barwy. Przysięgła też przed ołtarzem, że jej życie będzie odkupieniem grzechów dziada Szczęsnego Potockiego współtwórcy konfederacji targowickiej.
Dlatego całymi wieczorami robiła na drutach wraz z kuzynkami rezydentkami w pałacu skarpety dla warszawskiego schroniska dobroczynnego zwanego Przytuliskiem. Często spotykała się z Leopoldem Kronenbergiem, aby mu się zwierzyć, jaki ma nowy pomysł dobroczynny. I niezmiennie znajdowała w nim sprzymierzeńca. W ten sposób na zapleczu wilanowskiego pałacu wyrosły na przykład mury szpitala dziecięcego dla najuboższych.
Kronenberg nie szczędzi też pieniędzy Kraszewskiemu, choć nie ma już z niego pożytku, a nawet różnią się w ocenie margrabiego Wielopolskiego. Ale jest to prawdziwa męska przyjaźń, której nie zniszczy nawet nieroztropna kochliwość powieściopisarza.
Zachował się jego list do bankiera z 11 kwietnia 1866 roku:
„Z wielką nieśmiałością udaję się z prośbą do Pana Dobrodzieja bardzo dla mnie ważną. Oto wiadoma Panu osoba, która dla mnie takim była ciężarem, a której przez niedarowaną słabość nie umiałem się pozbyć wprzódy zdaję się, że w tych dniach mnie opuści, za co Panu Bogu dziękuję. Ale ażeby mogła odjechać i przez jakiś czas mieć się z czego się utrzymać, potrzebami 1000 rubli. (…)
Jeśli to być może, ratuj mnie Pan, ratuj jak najrychlej. Mam wypłaty częściowe u księgarzy, obowiązuję się ten dług najuroczyściej spłacać”.
A w dwa dni później:
„Nie skarżę się, ale często na obiad pożyczać muszę; mam na com zasłużył. Jeśli mnie wsadzą do kozy, to literalnie chleb mi odbiorą. Wolę już wyjechać do Francji i tam szukać innej nędzy”.
Bankier reguluje długi bez komentarza. Co więcej, w Warszawie opiekuje się żoną Kraszewskiego, która cierpi po śmierci córki, zmarłej na zesłaniu.
Stać go na szeroki gest. Nie jest już tylko kupcem, stał się ziemianinem, właśnie dokupił posiadłości w Strugach, Maryanowie i Borzęcinie. Otrzymał też od monarchy dziedziczne szlachectwo Królestwa Polskiego wraz z orderem św. Włodzimierza III klasy.
A w 1867 roku nabył za pół miliona zł p. obszerną posesję przy ul. Królewskiej i tam w ciągu 4 lat wzniósł pałac zaprojektowany przez berlińskiego architekta Hitziga. Budowa pałacu (na frontonie rzeźbami dłuta Marconiego symbolizujące przemysł, naukę i handel). kosztowała Kronenberga około miliona rubli.
Luksusowe wnętrze ozdabiały obrazy m. in. pędzla Matejki. U podwawelskiego mistrza Kronenberg zamawiał płótna za pośrednictwem Kraszewskiego, ale dokładnie określał tematykę. Czasem dochodziło na tym tle do sporów. Klient zażyczył sobie np. obraz, przedstawiający sejm, na którym posłowie zdeptali kodeks handlowy projektowany przez Andrzeja Zamoyskiego. A Matejko nie chciał podjąć tematu, proponował wizję napadu Kozaków na Carogród.
W 1868 roku Leopold Kronenberg został prezesem spółki cukrowniczej, która dwa lata później przekształciła się w Warszawskie Towarzystwo Fabryk Cukru.
– Ojcu chodziło – wyjaśnia po latach syn Kronenberga Julian – o rozwój tak ważnej gałęzi rolnictwa jak plantacji buraków. I dopiął swego. Wielka ilość cukru wywożonego do Rosji stworzyła silną konkurencję dla tamtejszych fabryk.
Ale przede wszystkim szuka Kronenberg sprzymierzeńców w ponownej batalii o wpływy w opanowanym przez Niemców zarządzie Kolei Warszawsko–Wiedeńskiej. O zasięgu jego kontaktów świadczy list z 15 grudnia 1868 r. do bankowca Juliusza Wertheima: – "W Berlinie bawiłem dzień. Z Müllerem mówiłem obszernie o planie postępowania na zebraniu kolei warszawsko-wiedeńskiej. (...) Aby w przyszłości mieć inne siły do dyspozycji, widziałem się z Hansemannem z Discontogesellschaft, który oświadczył gotowość wejścia ze mną w stosunki. (...) W Paryżu będę się starał o consortium tak, żebym miał w Londynie, Amsterdamie, Paryżu i Niemczech połączone siły".
Kilka miesięcy później dopiął swego – został wiceprezesem zarządu Towarzystwa Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej „Sprawę na całej linji wygrał – podsumował w swych wspomnieniach jego syn – kolej opanował, a wnet radykalnie oczyścił, odniemczył, i mimo narzuconych mu potem więzów formalnych, faktycznie spolszczył”
Żeby jeszcze bardziej wyeliminować Niemców, Kronenberg myśli o wydzierżawieniu kopalni węgla kamiennego w Kongresówce. (Kolej Warszawsko–Wiedeńska zaopatrywana była w węgiel śląski, będący własnością niemiecko-francuskiej spółki). Do celu prowadzi długa droga, zakończona sukcesem – budową szybu Kazimierz w roku 1870.
Potem uzyskał koncesję na budowę Kolei Nadwiślańskiej z Kowla przez Lublin, Warszawę do Modlina i Mławy (wówczas na granicy zaboru pruskiego). Takie inwestycje przynosiły wówczas spore zyski właścicielom koncesji, stąd też bardzo ostro o nie rywalizowano. Kronenberg był wprawdzie zahartowany w bojach – wcześniej konkurował z Epsteinem o Kolej Warszawsko-Wiedeńską – ale tym razem miał szczególnego przeciwnika, bo wżenionego w rodzinę Blocha. Młodszy od Leopolda o 24 lata finansista nie miał żadnych skrupułów, aby pozbyć się konkurenta. M. in. podrzucił do osobistej kancelarii cara donos, którego fragment warto przytoczyć: – „Jeśli ten plan się powiedzie, wówczas wszystkie bez wyjątku linie kolejowe Królestwa znajdą się w rękach Leopolda Kronenberga, co spowoduje, że na wypadek wojny, wobec całkowitej oczywistej nieprawomyślności politycznej p. L. K. rząd nie będzie miał żadnego zabezpieczenia przed nowymi zdradami z jego strony”.
Nieco śmieszności nie szkodzi.
Kronenberg walczył z konkurentem wszelkimi sposobami. W pewnym momencie pomógł mu swym piórem J. I. Kraszewski pisząc powieść z kluczem pt. „Roboty i prace. Sceny i charaktery współczesne”, która była ostrym atakiem na Blocha – powieściowego Płockiego, „mieniącego się jak kameleon”. Natomiast Kronenberg, do rozszyfrowania w postaci finansisty Werndorfa, został przedstawiony jako ten, „który wszystko był winien sam sobie: wykształcenie, majątek, nieskalaną reputację i szacunek ogólny. Miał też prawo ufać siłom własnym i to się w nim przebijało”.
Kronenberg bardzo uważnie czytał brudnopis powieści, zastanawiał się nad każdą sceną. – Szanowny Jozefie! – pisał do Kraszewskiego – Dziś odsyłam dalszy ciąg powieści. Masz racje mój Kochany, że nieco śmieszności nie szkodzi, ale zdawało mi się, że u baronowej było jej za wiele. Rozmowa Płockiego w domu księcia jest przewyborna.(...) Argumentacja Werndorfa w dyskusji z Płockim i księciem niestety zanadto zgodna z tą, jaka rzeczywiście miała miejsce; wygląda jakbym opowiadał, co było na jednej sesji w Banku Rolniczym”.
W starciu z Blochem Kronenberg ostatecznie wygrał, jednakże, wspomina w swych pamiętnikach Julian Kronenberg – „zmartwienia i wielkie straty materialne podkopały zdrowie ojca”.
Ale nie ustawał w realizacji swych planów. Kronikarz życia towarzyskiego ówczesnej Warszawy Antoni Zaleski tak go wspominał: „Hardym był i nigdy się nie płaszczył, raczej zgiął i zmalał we dwoje, aniżeli kosztem godności własnej miałby kogoś dla siebie lub dla swych projektów zjednać. „Ja nie szukam uznania, ale poparcia” – mawiał.
W 1870 r. przy współudziale innych warszawskich finansistów, znanych dygnitarzy rosyjskich oraz arystokracji, założył akcyjny Bank Handlowy w Warszawie - największy w kraju, jeden z trzech pierwszych w Polsce, niezależny od kapitałów zaborców. Jego celem było m.in. finansowanie przedsięwzięć na chłonnym rynku rosyjskim. Od początku na walnych zgromadzeniach akcjonariuszy przeznaczano liczące się kwoty na wspieranie różnych przedsięwzięć kulturalnych i dobroczynnych. Niewątpliwie była to inicjatywa Leopolda Kronenberga, którą zresztą respektuje się do dziś.
Początkowy kapitał był skromny, ale wkrótce bank, dzięki szerokim układom finansowych założyciela rozwinął swą działalność.
Dla usprawnienia obsługi założył też Bank Dyskontowy w Petersburgu, wkrótce przemianowany na oddział Banku Handlowego. Ale pilnował, by kapitały wytwarzane w Warszawie nie uciekały do Rosji.
Z myślą o wysadzonych z siodła właścicielach majątków ziemskich zainicjował powołanie Towarzystwa Kredytowego. Wsparli go ks. Lubomirski, Jozef hr. Zamoyski, Juliusz finansista Wertheim, i bankier Jan Bloch. Towarzystwo miało przywilej umieszczania swych pożyczek w formie listów zastawnych na pierwszym miejscu hipotecznem nieruchomości miejskiej. Listy cieszyły się zaufaniem nie tylko w kraju, ale i poza jego granicami, co powodowało napływ kapitału zagranicznego.
Pożyczki te nie tylko odciążyły uginające się pod lichwiarskimi wierzytelnościami nieruchomości, ale też wpłynęły na ożywienie budownictwa..
Na trzy lata przed śmiercią założył Wyższą Szkołę Handlową w Warszawie. – Nauka, przede wszystkim nauka. Potem herby – powtarzał, gdy zaprosił do swego biura cenionego w Warszawie pedagoga prof. Przystańskiego. Wyłożył mu swój pomysł na uczelnię, , jak to określił, "dzieło mego życia”
– Ojciec twierdził – napisze po latach syn Kronenberga Julian – że młodzież nasza bardzo mało, albo wcale nie jest przygotowana do pracy handlowo administracyjnej. Zagraniczne języki najzupełniej jej obce, oprócz rosyjskiego, który wykładany był w gimnazjach. Gdy pozwolenie u władz rosyjskich zostało uzyskane, razem z prof. Przystańskim ułożył program wykładów dla studentów, kładąc wielki nacisk na naukę języków zagranicznych”.
To było jego ostatnie wielkie przedsięwzięcie. Coraz gorzej widział, bo źle leczona cukrzyca robiła zastraszające postępy. Nie pomagały wyjazdy do wód. Zmarł podczas takiej kuracji 5 kwietnia 1878 roku w Nicei. Pochowano go w Warszawie na cmentarzu Ewangelicko- Reformowanym.
W dniu pogrzebu wielkiego bankiera artyści wystawili w Zachęcie (zapewne z myślą o sprzedaniu) kilka rzeźb sylwetki znanego bankiera. Było wielu chętnych do kupna.
Ówczesny dziennikarz Antoni Zaleski piszący do prasy pod pseudonimem „Baronowa XYZ” przytacza w swym felietonie jedną z mów pogrzebowych: – „Chowamy dziś jednego z największych Polaków. Przyszedł tu bez fortuny, nazwiska, tradycji – homo novum nikomu nie znany, a od wszystkich prawie uprzedzeniami, instynktowną podejrzliwością odgrodzony. Wszystko co posiadał, sobie samemu zawdzięczał, wszystko, do czego doszedł, musiał wywalczyć i zdobyć. Był dorobkiewiczem, nie tylko fortuny i mienia, ale stanowiska, szacunku, uznania. Zaczynał jako przeciętny kantorowicz, skończył jako jeden z najlepszych zasłużonych obywateli. (…) Z dzisiejszych nikt mu sprostać nie jest w stanie. I stąd tak wielka po nim pustka. Są jego miliony, są instytucje przez niego stworzone lub dźwignięte, są jeszcze nawet zasady, które on wszczepił, nie ma jego czynu, inicjatywy i nie ma jego rozumu”.
(Czytaj dalej)
|
|
|
|
|
Reportaż tygodnia
Najlepsze reportaże
Fałszywe tropy
Literatura faktu
Prosto z sądu
Fotoreportaż
Nasza kartoteka
Szkółka reporterska
|
|