KRASZEWSKI REDAKTOREM NACZELNYM
Jego majątek rósł, co musiało mu przysporzyć wrogów. Mimo, że już od 10 lat chodził do kościoła ewangelickiego, opinia publiczna pamiętała mu żydowskie pochodzenie. A właśnie w Warszawie w kręgach przemysłowo–kupieckich wybucha histeria antysemicka. Jej prawdziwym powodem była inwazja kapitałów obcych żydowskiego pochodzenia.
Pretekstem stał się koncert sióstr Neruda z Orawy. Jakoś nie znalazł on aplauzu publiczności, filharmonia świeciła pustkami.
W Gazecie Warszawskiej ukazał się sarkastyczny artykuł Józefa Keniga, który zauważył, że artystki nie miały powodzenia w pewnych sferach (w domyśle finansjery) dlatego, że ich nazwiska nie kończą się na – berg, – blatt itd. Publikacja wywołała protest bankierów i ludzi nauki pochodzenia żydowskiego. Wystosowali list otwarty do Jana Lesznowskiego redaktora naczelnego Gazety z żądaniem, aby, jeśli jest człowiekiem honoru, złożył rezygnację ze stanowiska. Wtedy Leszkowski, za poradą carskiego cenzora rozrzucił po mieście korektorskie odbitki napastliwej odpowiedzi na wymieniony list otwarty. (Sam artykuł został wstrzymany) Autorzy listu nie ustąpili, zredagowali komunikat – piórem żydowskiego kupca i finansisty Jana Natansona – wykazujący, że Gazeta podsyca nastroje antysemickie. Konflikt przeniósł się na łamy petersburskiego Słowa, które popierało Lesznowskiego. Tak wzmocniony naczelny wystąpił na drogę sądową. I tam wygrał proces o zniesławienie go. Autorzy listu dostali po kilka miesięcy więzienia.
Kronenberg osobiście nie brał udziału w tej awanturze, choć stał po stronie Natansona. Taki był z natury – nic z raptusiewicza. Pisał o nim Władysław Mickiewicz, syn poety: "Kronenberg jest bardzo rozumny i stały w przekonaniach, pełen jednak roztropności, jak człowiek zdający sobie dobrze sprawę, jaką uczyniłby Rosjanom przyjemność, dając im sposobność do skonfiskowania swego majątku".
Bankier uznał, że z antysemityzmem należy walczyć za pomocą poważnej publicystyki i nie incydentalnie. Postanowił wydawać Gazetę Polską (kupił ją pod nazwą Gazeta Codzienna), w której mógłby prezentować swoje poglądy na sprawy społeczne, gospodarcze. A były one jak na owe czasy prekursorskie. Kronenberg brał udział w pracach Towarzystwa Rolniczego zachęcającego szlachtę do zlikwidowania pańszczyzny, (za odszkodowaniem dla właściciela), domagał się dopuszczenia burżuazji do udziału we władzach przynajmniej lokalnych.
Na redaktora naczelnego wymyślił Ignacego Kraszewskiego. To śmiała decyzja – pisarz cieszył się wprawdzie popularnością, ale też i opinią antysemity. Jego powieść „Choroba wieku” jest jednym wielkim oskarżeniem współczesnej kupieckiej Warszawy, w której „przerobiło się świat na wielki kantor gospodarsko-industralno komercjalny, ludzi na komisantów, książki na regestra, życie na rachubę podwójną przez habet i debet. (..) A wszystko to po żydowsku mówi tylko o groszu, pędzi za zyskiem, śni o zarobku”.
Ale Leopoldowi Kronenbergowi zależy na znanym nazwisku, przyciągającym czytelników. Ma nadzieję, że z czasem w kwestiach żydowskich dojdą do porozumienia.
20 marca 1859 roku wysyła pierwszy list do pisarza:
„Wielmożny Mości Dobrodzieju
Z wielką radością wyczytuję z listu Jego, że raczysz się przychylać do propozycji przez Pana Jana (chodzi o Zakrzewskiego – HK ) zakomunikowanej względem wzięcia pod swoją dyrekcję Gazety. Z obawy obrażenia uczucia delikatności Pańskiej nie będę się wylewał ani nad zasługami Wielm. Pana, ani też wynosił, o ile opinia publiczna pod jego sterem moralnie i umysłowo się rozwinie. (…) Zechciej mi wierzyć, Panie i Dobrodzieju mój, że całą duszą jestem przejęty zasadami, jakie objawiasz i mogę bez obrażania skromności, czyli raczej z całą pokorą powiedzieć, że Bóg dał mi taką organizacją i wlał we mnie już krew taką.
Natura wszakże nasza podlega słabościom i jest ułomna – zobopólnie przeto będziemy się przestrzegać i tym celem każden z nas powinien mieć veto przeciwko artykułom, które dla publiczności będą przeznaczone; nie powstydzisz się ze mną mój Panie – znajdziesz we mnie także stróża gorliwego”.
Dalej Kronenberg deklaruje, że „cały ciężar finansowy do niego należy, jako właściciela pisma”. Na reprezentacje dla głównego redaktora naznaczono 3 tys. r. s. rocznie i 30 proc. udziału w korzyściach. Straty „właściciela ciążą”.
Kraszewski podpisał trzyletni kontrakt, choć obywatele wołyńscy przesłali zbiorowy list do Kronenberga obiecując mu „pewną sumę pieniężną”, żeby odstąpił od zamiaru zatrudniania pisarza.
A i najbliższa rodzina autora „Starej baśni” robiła mu wyrzuty, że „zdradził naród dla żydowskich pieniędzy”. „O Żydach nie ma mowy – odpowiadał Kraszewski ojcu i bratu – bo dla mnie nie ma Żydów, są ludzie, obywatele kraju i ci, co na to nie zasługują. I dajmy już temu pokój! Z mojej przyczyny Kronenberg włożył w gazetę z górą 250 tys. złotych i z tego powodu nawet honor by mi nie dopuścił go porzucić”.
Pisarz ceni sobie szczerość w wymianie opinii z Kronenbergiem. Wszak na samym początku ich znajomości bankier napisał:
„Szanowny i Kochany panie Józefie!
Słusznie pan Boguski utrzymuje, że prócz kilkunastu oświeconych żydów reszta jako gnój moralny uważana być może. Jednakże, chociaż zresztą kwestja żydowska nie jest u nas najpierwsza, wszakże losu tego nieszczęśliwego plemienia ani ustnem ani piśmiennem wyłącznie debatowaniem poprawić się nie da. Żeby wrócić żydów na drogę cnoty i prawości potrzeba pomocy władzy. Takie jest przynajmniej moje zapatrywanie.”
Ale przeprowadzka Kraszewskiego z dworku w Żytomierzu przeciąga się. Ciągle pojawiają się jakieś przeszkody.
„Niestety – pisze Kraszewski pół roku po podpisaniu kontraktu – ja w żaden sposób przed lutym nie mogę być w Warszawie. Jest to chwila kontraktowa, jak u nas nazywają - termina wypłat, dzierżaw umów wszelkich. Przytem zdrowie mojej żony nie pozwoliłoby jej odbyć podróży zimą.(…) Majątek wychodzi z dzierżawy mój i sierocy, dom muszę sprzedać, mam ogromne rachunki do pokończenia a jeśli to teraz porzucę, znów później odwlecze się przeniesienie moje. Racz wnijść w położenie moje”.
Gdy zgodnie z umową Leopold Kronenberg kupuje dla pisarza dom, otrzymuje od niego list: „Daruj Pan Dobr., jeśli tam dobroci Jego dla mnie nadużyję na chwilę i poproszę o założenie za mnie potrzebnych pieniędzy. Jeśli tu moje domy sprzedam, natychmiast się uiszczę”.
Bankier Kronenberg przerabia artykuły.
Mija pół roku, redaktor naczelny jeszcze się do Warszawy nie sprowadził, Kronenberg musi znaleźć czas na redagowanie. „Choćbym miał znudzić Cię Kochany Panie Józefie ciągłem powtarzaniem się, jednakże jeszcze raz wspomnę o braku korespondencyj zagranicznych, na które taki panuje nieurodzaj, żem zmuszony był przerobić artykuł Wiszniewskiego o systemacie handlowym na korespondencję z Genui”. –informuje Kraszewskiego. I wspaniałomyślnie dodaje: „Proszę więc Kochanego Pana abyś najspokojniej w Żytomierzu pozostał dla prędszego uwolnienia się z tamtych okolic a ja tu tak się urządzę, że Gazeta wstydu Panu nie przyniesie. Zresztą będę się starał pozostać w Warszawie (miał jechać w interesach do Petersburga – HK) gdyż Gazeta jest dla mnie najważniejszym dziś przedmiotem”.
4.XII 1859 r. spod ręki Kronenberga wychodzi do Żytomierza kolejna relacja o tym, co dzieje się w redakcji: „Mieliśmy kilka pustych numerów w ostatnich czasach, lecz jedynie dla braku materjałów szczególnie pod względem korespondencji zagranicznych. Rzecz się wszakże naprawi (..) Feljetonów nie brak a rozmaitości i drobiazgów w miarę. Na zapasach teki redakcyjnej nie zbywa nam - brak wszakże żywotnych artykułów. Korespondenci krajowi nie bardzo się popisują. Tak np. list z Suwałk był zaledwie mierny.(…) Z tym wszystkim trzymam się Waszej rady Panie Józefie i bardzo pobłażam krajowym korespondentom. (…) Jeszcze kilka słów o tej nudnej rubryce „Co tam słychać?” o którą walczyć muszę, jak o co dobrego. Skargi na nią są powszechne. Zarzucają tej rubryce zbyteczną lekkość treści, tudzież, że zbyt przesiąkła odpustami i nabożeństwami. (…)
Moim zdaniem gazeta niema za zadanie być organem dla ludzi tylko poważnych, szukających nauki wyłącznie lub wzniosłej polityki – jest ona przeznaczona dla wszystkich i musi odpowiedzieć potrzebom ogółu. Dlatego musi też zawierać treści i głupie i małoważne jednak potrzebne. Anonse w niej także nie są rzeczą rozumną ani wszystkich zajmującą a jednak i tych szukają i potrzebują w niej.
A cztery dni później: „Pamiętniki hrabiego L. P. dobrze nabyte i przydadzą się (..) Pamiętnik Płaczkowskiego, który nastręcza Gliszczyński i drogi jest i nie przejdzie cenzury w części. Wprawdzie zajmujący ani słowa, ale potrzebuje poprawy co do stylu i dużo z niego odejdzie. Gdyby 100 r.sr. wzięli a 150 najwyżej możnaby nabyć, bo pamiętniki są rzeczą dla gazety pożądaną.”
Każe też nabyć za proponowaną cenę 800 rubli. akta kanclerskie po Jacku i Janie Małachowskich, i po Szembeku.
Zapowiada, że od nowego roku Gazeta będzie wychodzić w arkuszowym formacie „dla dogodności czytelników”. Już kazał zrobić stosowne winietki. Ale najważniejsza jest zawartość. – „Czybyś nie mógł szanowny Panie Józefie wynaleźć jakichś genialnych korespondentów rolniczych? –pyta pokornie w liście wysłanym do Żytomierza”
Bankier Kronenberg przerabia artykuły, wysyła egzemplarze gazety gratis do osób, wskazanych przez Kraszewskiego: – „Uważam, że nie trzeba być skąpym pod tym względem i proszę o wskazanie mi innych jeszcze osób dla których uczynićby to należało a nie omieszkam wskazaniu temu zadośćuczynić”. (…)
Chce być mecenasem dla parających się piórem, naukowców –na łamach Gazety raz po raz ogłaszane są konkursy– m. in. na temat dziejów sztuki dramatycznej w Polsce. Pierwsza nagroda 4.000 złp. – „Być może uzyskamy na to pozwolenie cenzury” – uspokaja Kraszewskiego.
Przed jego gabinetem rośnie kolejka interesantów, szukających wsparcia. Kronenberg, nim sięgnie do portfela, pyta Kraszewskiego: – „Moniuszko wstawia się tu za młodym Klaczką siostrzeńcem literata, aby wyjednać mu pożyczkę rubli srebrnych 300 dla dostarczenia tym sposobem środków do wydoktoryzowania się na uniwersytecie kijowskim. Prosiłbym Szanownego Pana, abyś mógł się dowiedzieć tam, co to za młody człowiek, czy zasługuje na pomoc i pod jakim względem. Ma on mieć długi, ale te pochodzić mają stąd, że od matki, która jest uboga nie dostawał potrzebnego funduszu na utrzymanie. W końcu jeszcze chciałem poradzić się Szanownego Pana, co do jednego przedmiotu. Mam zamiar założenia w Warszawie kasy wsparcia dla podupadłych literatów ich wdów i sierot życzyłbym sobie, aby nasza Gazeta wzięła w tej sprawie inicjatywę”.
Napomknąć przy sposobności.
Dwadzieścia lat później Kraszewski napisze o Leopoldzie Kronenbergu we wspomnieniu pośmiertnym: „Był to umysł niezmiernie żywy, pojęcie bystre, duch silny i przedsiębiorczy z wolą niezłomną. Pracował z bezprzykładną wytrwałością, oprócz interesów zajmując się nauką języków. Co niedziela po obiedzie zbierali u niego przyjaciele i znajomi. Pomiędzy nimi bystry znawca ludzi minister Turkułł, hrabia Aleksander Branicki i hr. Leon Łubieński, który wydawał Bibliotekę Warszawską – czasopismo o aspiracjach naukowych. W osobach Kronenberga i Matiasa Rosena – też bankowca – znalazło ono nowych mecenasów, którzy w latach 1846–48 wyasygnowali w formie zapomogi 18 tys. rubli”.
Kraszewski również korzystał z mecenatu Kronenberga. Świadczy o tym list finansisty do pisarza z 2 stycznia 1860 roku, który ciągle mieszka w Żytomierzu:
„Szanowny, Kochany Panie,
Powieść pod tytułem „Ruiny” bardzo proszę dla mnie zachować. Pragnę być jej nakładcą, pomimo, że ma mieć cztery tomy. Wszak ma to być obraz naszego kraju i ludzi”.
Nie dość, że bierze sobie na głowę redagowanie gazety, („Co do korespondentów z Pesztu i Pragi to warto by i tam popróbować, gdyż jabym pragnął całą naszą Gazetę zapełnić korespondencjami. Zachodzi tu wszakże trudność cenzuralna. (..) To samo ma się z korespondencjami z waszych prowincji. (…) Trzeba się mieć na ostrożności”), musi podtrzymywać na duchu Kraszewskiego. Pisarz jeszcze nie osiadł w Warszawie, ale dużo pisze do Gazety Żytomierza. Niestety jego nastroje są bardzo zmienne. Kronenberg musi być nie tylko dobrodziejem, ale i psychoterapeutą.
„Żalisz się Pan w ostatnim liście – pisze do Kraszewskiego –że walcząc co sił zwątlonyś jednak i znękany tym ciężarem Gazety. Pytasz, co czynić. Otóż wytrwać i jeszcze raz wytrwać (..) Doświadczenie i mnie jak Pana nauczyło, że intryga i podłość nigdy długo nie triumfują. To doświadczenie nauczyło mnie teraz znosić wszystko z pokorą i ufnością a przekonanie głębokie o sprawiedliwości uczuć naszych nie dało mi nigdy zwątpić i osłabnąć w dobrych intencjach i zamiarach.
Tylko raz, w lipcu 1860 roku Kronenberg przypomina redaktorowi Gazety Polskiej, że ma na głowie jeszcze inne sprawy. Wszak jest bankierem, kupcem, właścicielem fabryk.
„Szanowny i Kochany Panie,
Wybacz, jeśli dotąd nie mogłem się sumiennie i szczerze redakcji poświęcić – natłok interesów stoi mi na przeszkodzie. Rozchodzę się ze wspólnikami moimi w interesie tabacznym, pojmujesz więc Szan. Pan, że prawie żadnej nie mam wolnej chwili. Pomimo to chwała Bogu wszystko w redakcji dobrze idzie.”
A w kilka dni później: „Może Kochany Pan pomówiłby z Wittem czy by Zaleski (to znany w Królestwie Polskim ekonomista – HK) nie chciał pisywać artykułów ekonomicznych do naszej gazety za umówioną cenę 8 do 10 groszy od wiersza. Otrzymałem pismo Kochanego Pana, w którym Pan słusznie utrzymujesz, że wypadałoby coś o Banku napisać. Osobiste moje stosunki z prezesem Banku nie pozwalają wszakże Gazecie naszej wystąpić w sposób, jakby należało. Od kilka lat bowiem traktuję z prezesem (chodzi o Benedykta Niepokojczyckiego prezesa Banku Polskiego) projekty reform, (dotyczyły przede wszystkim powiększenia zasobów Banku i wzmożenia sfery działania kredytów rolnych – HK) i tuż przed mym wyjazdem kilka godzin konferowaliśmy przy czem mi przyrzekł projekt wygotować a następnie komitet ustanowić, z którym ważniejsze punkta przedyskutuje. Nic to jednakowoż nie przeszkadza, ażeby w gazecie wspomnieć o sprawozdaniu i przy tej sposobności napomknąć, że prezes banku już od wielu lat uznał potrzebę zreformowania tej instytucji”.
Ja jestem kupcem.
W 1861 roku Leopold Kronenberg ujawnia się jako polityk. Trzeciego marca na Krakowskim Przedmieściu kozacy zaatakowali manifestujący tłum. Pięćdziesiąt kul potoczyło się po bruku, zabiły pięciu przechodniów. Ciała ofiar warszawiacy zanieśli do Sali Pompejańskiej Hotelu Europejskiego. Przez całą noc ludzie czuwali przy zmarłych. Modlili się, dotykali ran kawałeczkami płótna. Nazajutrz przeniesiono zwłoki na egzekwie do kościoła św. Krzyża.
Pogrzeb był wielką manifestacją. – od rana ulicami ciągnęły niezliczone żałobnie ubrane tłumy.
Szykowała się rozmowa delegacji Polaków z carskimi władzami.
Uczestniczyli w niej, oprócz Kronenberga ,Andrzej hr. Zamoyski, ks. Wyszyński, ks. Stecki zamożny kupiec Ksawery Szlenker. Właściciel garbarni, fabryki firanek. utworzył kasę chorych wreszcie w 1880 roku założył dla dzieci robotników i urzędników szkole trzyklasowa, utrzymywaną własnym sumptem. Był pierwszym w stolicy Polski przemysłowcem, który wprowadził tzw. akcje pracy, wręczane robotnikom po 5 latach pracy. (Zorganizował też dla nich system ubezpieczenia na starość).Gdy władze carskie zaproponowały mu tytuł baronowski.( - Dla pana to koszt drobny, wszystkiego 6 tys. rubli, a całej rodzinie doda splendoru), odmówił.
Pisał dr Baranowski: „I Kronenberg, w owej chwili był pijany wrażeniami, jakie niespodziewanie na nas wszystkich spadły. In on był romantykiem, i on nie rozumiał innej polityki, nie widział innej drogi jak ta, która wiodła do odbudowania Państwa Polskiego. Ale nigdy nie opuścił go trzeźwy osąd sytuacji. Gdy podczas konspiracyjnej dyskusji na temat ustępstw rządowych ktoś domagał się przerwania pertraktacji z caratem i niewzruszonego stania przy nierealnym, żądaniu Polski od morza do morza, Kronenberg miał powiedzieć: – „Ja jestem kupcem i trzymam się tej zasady, że od złego dłużnika bierze się wszystko, co daje i dalej się upomina”.
Gdy to mówił, był już głęboko wciągnięty w konspirację. Jako faktyczny kierownik stronnictwa burżuazyjno ziemiańskiego tzw. Dyrekcji Białych odgrywał główną rolę w przygotowaniu środowiska do zajęcia najważniejszych stanowisk we władzach narodowych.
Niewiele wskórali wybierając się po śmiertelnej strzelaninie na ulicach Warszawy do namiestnika księcia Gorczakowa. Carski pełnomocnik zapytał: czego chcą. Na to hr. Zamoyski - Żądamy, abyście nasz kraj opuścili. To tylko rozbawiło namiestnika. Jeszcze próbował Ksawery Szlenker, wygłaszając płomienną mowę: – „Ze skrwawionym sercem stawa przed Waszą książęcą Mością deputacja obywatelska miasta, aby wyrazić boleść i zgrozę nad wypadkami dnia dzisiejszego. Krew popłynęła niewinnych i spokojnych obywateli. Jesteśmy upoważnieni żądać ukarania wedle prawa jenerała Zabłockoj, natychmiastowego oddalenia z urzędu policmajstra Trepowa. Wasze książęcej mości źle radzą”.
Odprawiono ich z niczym.
Nazajutrz Szlenker na znak solidarności z żałobą narodową, polecił rozdać wszystkie posiadane w jego sklepie bławatnym czarne tkaniny. Został za to na kilka miesięcy osadzony w cytadeli. Po zwolnieniu, w przebraniu furmana, uciekł powozem do Paryża.
W kraju nasiliły się represje.
(Czytaj dalej)
|
|
|
|
|
Reportaż tygodnia
Najlepsze reportaże
Fałszywe tropy
Literatura faktu
Prosto z sądu
Fotoreportaż
Nasza kartoteka
Szkółka reporterska
|
|