Czy byliby w tym miejscu, w którym są dzisiaj, gdyby nie rodzina? Jarosław Pączek jest przekonany, że ukształtowały go dzieciństwo i Cieszyn – miejsce urodzenia. Ojciec był prawnikiem, matka stomatologiem. Dziadek, z wykształcenia socjolog (150 publikacji), dyrektor szkoły średniej w Ustroniu, całe życie kolekcjonował książki, które zapisał wnukowi. Są w gotyku staroniemieckim. Wąsaty, bo jakże inaczej, prapradziadek był majordomusem na zamku Habsburgów w Cieszynie.
– Moje pograniczne, podzielone miasto – mówi – uczyło otwarcia na inne nacje. Rodzina w części pochodziła z terytorium obecnych Czech, dziadek urodził się koło Ostrawy. Babcia w Ustroniu była z domu Husar, jest częściowo Węgierką. Jej ojciec miał tartak właśnie w Ustroniu, gdyż miejscowość leżała na szlaku bursztynowym.
My z bratem nie baliśmy się zagranicy. Mimo problemów z paszportami i wizami po raz pierwszy samodzielnie wyruszyliśmy do Grecji w wieku 13 i 15 lat. Gdy powiedziałem babci, że wyjeżdżam do Harvardu, uznała to za oczywistość. Powiedziała tylko: Jareczku, dbaj o zdrowie.
Dr. Górskiego wypchnęła w świat kontestacyjna postawa rodziców. Mama, lekarka, pochodzi z Baranowicz na Białorusi. Jej rodzice byli tam nauczycielami. Po wejściu Rosjan zostali aresztowani. Dziadek zaginął w czasie wywózki. Ta tragedia stale wracała w czasie rodzinnych rozmów przy stole. Młody Górski dowiedział się o fałszowaniu historii nie tylko z rodzinnych albumów. Odpowiedniego komentarza nie szczędził mu ojciec, historyk po KUL.
15-letni Koński wyjechał z rodzicami do Ameryki, bo... mieli w Warszawie za małe mieszkanie. Dziadek, powstaniec warszawski, który z oflagu udał się do Stanów, wrócił do Polski w 1976 r. W ten sposób na 48 m kw. gnieździło się sześć osób. Ta ciasnota była ostatecznym impulsem. Już wcześniej rodzice Końskiego podjęli próbę wyemigrowania do Stanów, ale wkrótce wrócili, bo ich dzieci zostały w Polsce jako zastaw. Gdy ewakuowano się po raz drugi, plan był już sprytniejszy: ojciec Końskiego, inżynier budowlany, wyjechał na kontrakt do Syrii, matka z dziećmi i dziadkiem, który miał obywatelstwo amerykańskie, wybrała się do Stanów, aby odwiedzić rodzinę. Ale już po skoku przez Wielką Wodę młody Koński mógł jak większość amerykańskich nastolatków sam decydować o swoim życiu.
Dobrowolskiego rzucało po świecie, bo jak sam mówi, był dzieckiem placówkowym. Z ojca dyplomaty. Urodził się w Moskwie, po czterech latach pojechał z rodzicami do Australii. Chwilowemu zamrożeniu teczki ojca w szafach MSZ zawdzięcza decydujący fakt w jego życiu, jakim było spotkanie w Warszawie Sachsa.
Mioduskiego z Pomorza do Ameryki wywieźli rodzice. Pół roku wcześniej wyjechał ojciec, pozostałym członkom rodziny się nie udało.
– I wtedy moja mama – wspomina pan Dariusz – która z natury nie jest osobą zbyt przebojową, przeszła samą siebie. Kosztowało nas to dwa samochody i prawie wszystkie oszczędności, ale dopięła swego: w 500-osobowej kolejce po wizę wybrano trzy nazwiska. Pierwsze dwa to były nasze.
Pakowali się w kompletnej konspiracji, przez dwa dni nie otwierając nikomu drzwi. Osoba, która im pomogła, radziła wyjechać jak najszybciej. Oficjalnie wybrali do Houston na wakacje.
– Nie pożegnałem się nawet ze swoją klasą – tłumaczy pan Dariusz. –Byłem przekonany, że nigdy do Polski nie wrócę. Potem napisałem do nich list, ale nie odpowiedzieli.
Dlaczego tak bardzo chcieli wyjechać?
– Moja rodzina – tłumaczy Mioduski – nie do końca czuła się dobrze w poprzednim systemie politycznym. Dziadkowie byli w AK, w latach stalinowskich zapłacili za to. Już jako małe dziecko wiedziałem, że kiedyś wyjedziemy na Zachód. Widocznie w domu mówiło się o tym. I nie chodziło o poprawę warunków materialnych. Jak na standardy polskie, nie mieliśmy powodu do narzekań. Ojciec, inżynier, był dyrektorem dużego przedsiębiorstwa energetycznego w Bydgoszczy, mama, też po politechnice, pracowała w biurze projektów. Oni zrobili to dla mnie. To wielkie poświęcenie z ich strony, bo mieli już po 40 lat i sporo przeszliśmy w Stanach, nim osiągnęli status middle class. Możliwe, że dodatkowym powodem były obawy rodziców, że ja, wtedy 17-latek, za bardzo biegam po Bydgoszczy z solidarnościowymi ulotkami. Parę razy trzeba było mnie odbierać z rąk policjantów.
Karol Szyndzielorz, Ślązak z Opolszczyzny, przebijał się z biedy. Armia Czerwona spaliła cały dobytek rodziców w Koźlu, ojca wywieźli na Syberię. Karol do 1945 r. nie znał słowa po polsku. Rodzice mówili albo gwarą, albo po niemiecku. Gdy po wyzwoleniu pozbawieni domu mieszkali u babci Julii w Raszowej pod Górą Świętej Anny, matka zdecydowała, że wbrew nastrojom proniemieckim we wsi syn pójdzie do szkoły polskiej. I tam mały Karol trafił na znakomitego wychowawcę Dopierałę, a następnie nauczycielkę polskiego, Leokadię Nowakową, która uznała, że ten knypel Szyndzielorz założy we wsi bibliotekę. Jeździł rowerem do Koźla, pożyczał woluminy i po przeczytaniu układał je na półkach. Sytuacja powtórzyła się w liceum. Z tą różnicą, że tam już nie tylko czytał, ale i ratował cenne niemieckie książki, przeznaczone na przemiał. Wkrótce do znajomości niemieckiego doszły czeski, rosyjski, w którym się wręcz rozkochał, i łacina. Nie miał wtedy za wiele okazji do konwersacji. Ale pogrążył się w literaturze – nie tylko pięknej –krajów, do których sam dorobił sobie klucz.
Po latach z takim narzędziem wyruszył na Zachód. Przez rok objechał pół świata i wrócił z pustymi rękami, nawet bez tekturowej walizki, z którą opuszczał Polskę. Rozsypała się w Kolonii. Ale wszystko, co cenne, miał w głowie. Gdy już na Harvardzie zapytała go pewna Amerykanka: – Jak to się dzieje, że wy, Polacy jesteście tacy sprytni (zaradni), odpowie, trawestując reklamę samochodowej firmy Avis: – Musimy się starać, bo jesteśmy dopiero na drugiej pozycji (We try harder - we are only number 2).
Otwarte drzwi.
Założyli Polski Klub Harvardczyków. Jedyne kryteria wpisu to dyplom z uczelni i zapłacona roczna składka. Prezes ma obowiązek składać centrali na Harvardzie raport, ilu ich jest. Odpowiedź brzmi: – Wszystkich, którzy mają jakiekolwiek afiliacje z uczelnią, około stu osób. Ale przybywa chętnych do szturmu na Harvard. Choćby z Międzynarodowego III Liceum Ogólnokształcącego w Gdyni. Szlak przetarł Michał Miąskiewicz, który ukończył je w 2000 r. Ci z purpurowymi dyplomami starają się wspierać tych na starcie. Czasem wystarczy podać im rękę, mówiąc: odważ się być mądrym. I dorzucić kilka encyklopedycznych informacji o uczelni:
Uniwersytet Harvarda został założony przez Johna Harvarda w 1636 r. w Newtown koło Bostonu. Uczelnia kształci około 18 tys. osób. To całe miasteczko. Uroczyste przemówienia są wygłaszane ze schodów Memorial Church, ekumenicznego kościoła ufundowanego w 1932 r. ku czci absolwentów, którzy walczyli w I wojnie światowej. Memorial Church znajduje się naprzeciw biblioteki im. Harry`ego Widenera, który zginął w katastrofie Titanica. Biblioteka powstała dzięki jego matce. Ma 13 mln książek, nie licząc manuskryptów, mikrofilmów i map.
Harvard jest obecnie najbogatszą uczelnią w Stanach. Jej majątek wynosi ponad 22,6 mld dolarów. Niemal 20% wpływów pochodzi z budżetu państwa.
Koszty dla undergraduates, czyli studentów zwykłych, uczących się przez cztery lata, wynoszą w ciągu roku 31 tys. dol. Graduates, czyli ci, którzy po uzyskaniu tytułu Bachelor of Arts lub Bachelor of Science rozpoczynają studia magisterskie, muszą zapłacić prawie 40 tys. dol. Ale wszystkie uczelnie Ligi Bluszczowej (Ivy League– to stowarzyszenie ośmiu najstarszych uniwersytetów znajdujących się w północno wschodniej części USA), prowadzą politykę need blind admissions – kandydaci są przyjmowani bez względu na ich sytuację materialną. Na Harvardzie ponad połowa studentów otrzymuje pomoc finansową. Pełne stypendium otrzymują ci, których suma rocznych zarobków nie przekracza pułapu 60 tys. dolarów.
Egzaminy można zdawać w Polsce. Organizuje je Education Testing Service (informacje o egzaminach na stronie: www.ets.org, o grantach na www.harvard.edu). Trzy czwarte przyjętych kandydatów musi mieć powyżej 1500 punktów na 1600 możliwych na egzaminie SAT; pozostali są jeszcze lepsi. Skądś musiało się wziąć 43 laureatów Nagrody Nobla wśród absolwentów tej uczelni.
Częściej – jak w przypadku Madzi – autorki listu do jednego z członków Klubu Harvardczyków – trzeba by jeszcze wiele tłumaczyć. Ale tak, aby ta dzisiaj trochę śmiesznie brzmiąca determinacja młodziutkiej uczennicy nie została spalona.
Madzia napisała (cytuję w oryginale): „Mam dopiero 12 lat może was to zadziwić ale moim największym marzeniem jest dostać się do Harvardu. W tamtym roku średniom miałam 5.4 wiem, że słaba ale do tego roku szkolnego bardzo się przykładam nie jestem kujonkom ale dla studiów w Harvardzie moge wkuwać ile wlezie. Więc ktoś kto czyta tą opinie i wie co to studia w Harvardzie niech mi napisze na mojego e-maila i udzieli kilku wskazówek do kogo najlepiej iść czy test jest bardzo trudny. Niech ktoś mi pomoże .Bardzo,bardzo,bardzo,bardzo,< br /> bardzo,bardzo,bardzo,bardzo, bardzo,bardzo,bardzo,bardzo,ba rdzo,bardzo, bardzo,bardzo,bardzo,.. ...,bardzo WAS PROSZE BARDZO ALE TO BARDZO JA JUŻ WYBRAŁAM STUDIA I JAK NARAZIE NIECHCIAŁA BYM ZMIENIAĆ TEGO ZDANIA!!!!!!!!!!!!!!! Madzia pozdrofionka
Helena Kowalik