PURPUROWE DYPLOMY I ZŁOTE WIZYTOWNIKI
Jest ich w Polsce około stu. Mówią o sobie: zaliczyliśmy Harvard .
Tam, gdzie pracują, wchodzę pod czujnym okiem recepcjonisty i kamery elektronicznej. Nie skręcę pomyłkowo w niewłaściwe drzwi, bo obok stoi uprzejmy, ale zdecydowany przewodnik.
Ich droga do zajmowanego dziś gabinetu wiodła przez Harvard. Ale najpierw musiało zdarzyć się coś, co pchnęło ich na ten szlak.
(Czytaj dalej)
|
|
61 SEKUND Z MINUTY
Różne były ich drogi na Harvard, różne okresy studiowania, ale w jednym jakby się umówili. Skoro już tam się dostali, chcieli maksymalnie wykorzystać ten czas.
– Spóźniłem się pół godziny na spotkanie wprowadzające – opowiada Jarosław Pączek – i potem ciągle brakowało mi tych 30 minut. Tam wszystko było podporządkowane maksymalnej mobilizacji umysłu.
(Czytaj dalej)
|
|
Co na to geny?
Czy byliby w tym miejscu, w którym są dzisiaj, gdyby nie rodzina? Jarosław Pączek jest przekonany, że ukształtowały go dzieciństwo i Cieszyn – miejsce urodzenia. Ojciec był prawnikiem, matka stomatologiem. Dziadek, z wykształcenia socjolog (150 publikacji), dyrektor szkoły średniej w Ustroniu, całe życie kolekcjonował książki, które zapisał wnukowi. Są w gotyku staroniemieckim. Wąsaty, bo jakże inaczej, prapradziadek był majordomusem na zamku Habsburgów w Cieszynie.
– Moje pograniczne, podzielone miasto – mówi – uczyło otwarcia na inne nacje. Rodzina w części pochodziła z terytorium obecnych Czech, dziadek urodził się koło Ostrawy. Babcia w Ustroniu była z domu Husar, jest częściowo Węgierką. Jej ojciec miał tartak właśnie w Ustroniu, gdyż miejscowość leżała na szlaku bursztynowym.
(Czytaj dalej) |
|
|